<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>MXT 2012 - Wandering Sparrows</title>
	<atom:link href="https://wanderingsparrows.pl/tag/mxt2012/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://wanderingsparrows.pl/tag/mxt2012/</link>
	<description>Blog podróżniczy &#124; Fotografia &#124; Filmowanie</description>
	<lastBuildDate>Mon, 25 Feb 2019 03:52:24 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://wanderingsparrows.pl/wp-content/uploads/2018/09/wandering-web-logo.png</url>
	<title>MXT 2012 - Wandering Sparrows</title>
	<link>https://wanderingsparrows.pl/tag/mxt2012/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
<site xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">158551444</site>	<item>
		<title>MXT 2012 Odc 13: O weselu irańskim, władzy kobiet i wstawaniu w nocy</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/o-weselu-iranskim/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/o-weselu-iranskim/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:36:42 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Iran]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=441</guid>

					<description><![CDATA[<p>Następnego dnia wstajemy rano. Bardzo, bardzo rano. Dla nas to prawie środek nocy. Do salonu, w którym śpimy wpada najpierw babcia naszego gospodarza powiewając czadorem, a potem on sam. &#8211; Prysznic, coś zjemy i idziemy na bazar dywanów- zarządza Ali. &#8211; Uaaaeeeoo- odpowiadam inteligentnie. Tylko na tyle mnie stać o tej godzinie. Wstaję i postanawiam iść bezpośrednio pod prysznic. Po pierwsze dlatego, żeby się obudzić, po drugie dlatego, że skutecznie obudzony przez babcię Maks siedzi na dywanie i zdaje się nie ogarniać co się stało. Trzeba mu dać trochę czasu, żeby doszedł do siebie. Wygląda na człowieka, który dopiero za pół godziny przypomni sobie jak ma na imię. Sytuacji nie polepsza babcia, która cały czas do Maksa mówi, oczywiście w farsi. Ten kiwa głową, chociaż ciężko powiedzieć czy żeby wyrazić aprobatę dla jej słów, czy żeby sobie przypomnieć w jakim kraju się znalazł. &#8211; Babcia mówi, że już długo śpicie, a z długiego spania nie ma nigdy pożytku- tłumaczy uśmiechnięty Ali. &#8211; Można na przykład przez przypadek się wyspać- mruczę pod nosem, ale zgarniam rzeczy i proszę Aliego, żeby pokazał mi gdzie jest łazienka. Prysznic jest lodowaty. Może to następna złota reguła babci? Lodowate prysznice sprawiają, że młodzi mężczyźni są bardziej pożyteczni? Nienawidzę kąpać się w zimnej wodzie. Wychodzę z pod prysznica. &#8211; Rześko- rzucam do Aliego. Ten klepie się w czoło. &#8211; Zapomniałem ci włączyć ogrzewania wody! Trzeba było krzyczeć! Nie ważne. Nie chce mi się spać już ani trochę, więc można odtrąbić sukces. Wchodzę do kuchni gdzie nadal zaspany Maks siedzi za stołem. Babcia krząta się i coś przygotowuje co pewien czas rzucając parę słów w stronę Maksa. &#8211; Gadacie sobie? – pytam. &#8211; No. Ja głównie się zgadzam- odpowiada- prysznic wolny? &#8211; Tak Zmiana, teraz moja kolej na kiwanie głową. Maks wraca po pewnym czasie w krótkich spodniach. Słychać syk wciąganego powietrza z tej części kuchni w której stacjonuje babcia. &#8211; Nie, nie, nie- mówi Ali- musisz się ubrać. &#8211; Jestem ubrany &#8211; W ubrania w których możesz wyjść do ludzi – gospodarz patrzy wymownie w kierunku krótkich dżinsów. Kapitulacja. Maks ubiera długie spodnie mrucząc pod nosem co sądzi o sensowności tego rozwiązania gdy na dworze jest zyliard stopni. *** Po śniadaniu wsiadamy wszyscy do samochodu Aliego i jedziemy w kierunku miasta. Nagle na którymś skrzyżowaniu nasz gospodarz podjeżdża do grupki ludzi stojących na rogu i otwiera okno. Po krótkiej rozmowie jeden z wąsatych panów otwiera sobie drzwi do samochodu i z zakłopotanym uśmiechem przepycha mnie na dalsze siedzenie. Nasz gospodarz całkowicie ignoruje sytuację. &#8211; Eee… Ali? &#8211; No? &#8211; Jakiś gość ci siedzi w samochodzie. Okazuje się, że to ogólnoirański zwyczaj. Komunikacja miejska niby istnieje, ale już jakikolwiek jej rozkład nie bardzo (trochę jak z PKP u nas zimą, możesz się terminem przyjazdu sugerować, ale nie powinieneś mu wierzyć). Taksówki są za drogie dla większości Irańczyków, a na chodzenie piechotą zwykle za gorąco. Wykombinowali sobie więc następujący system: Jeżeli chcesz gdziekolwiek jechać, stajesz na rogu dwóch, najlepiej głównych ulic  i się nie poruszasz. Jeżeli ktoś jedzie i chce cię zabrać, zatrzymuje się i krzyczy przez okno gdzie jedzie. Wszyscy chętni wsiadają, a na końcu płacą „na benzynę” kierowcy. Minimalnie za 1-2 litry. W ten sposób, wytłumaczył nam Ali, w zasadzie dojedziemy do bazaru za darmo, a jak się poszczęści to i za tyle samo wrócimy. Muszę przyznać, że uwielbiam bazary. Nie takie Polskie jak stadion X-lecia, czy Świebodzki we Wrocławiu (chociaż trzeba przyznać, że musi być atrakcja dla obcokrajowców), ale te które mieliśmy okazję zwiedzić na naszym tripie. Irańskie bazary na których można kupić wszystko i nic, Tajskie night markety na których można było dostać najtańszego na świecie i jeszcze ciepłego Iphona z Androidem, czy Boliwijski targ czarownic z zasuszonymi płodami lam. Jasne, na większości bazarów można dostać same dobrocie z Chin, ale czasem trafiają się ciekawe rzeczy. No i każdy bazar ma swój wyjątkowy klimat, który można poczuć wędrując alejkami z wyłożonym towarem i rozmawiając z handlarzami. Nie inaczej było w Tabrizie. Bardzo szybko okazało się, że Ali zna co drugiego sprzedawcę, więc chodziliśmy od stoiska do stoiska, piliśmy hektolitry herbaty i podziwialiśmy dywany. Przyznam szczerze, że nie dziwie się, że niektóre z nich w domyśle mają wisieć na ścianie. Są tak misternie zrobione i delikatne, że sam nie odważyłbym się po nich chodzić. Ali opowiadał, że po dywany z tego bazaru ludzie przylatują z drugiej strony świata, i że okazy sprzedawane tu w najlepszych sklepach mogą kosztować nawet 300 tyś dolarów i zazwyczaj są robione przez lata. Wychodzimy z bazaru i idziemy na spacer po mieście. Staramy się nie wyglądać jak stereotypowa japońska wycieczka, ale wszystko nas dziwi i zaskakuje, więc starać musimy się bardzo. Obaj trochę się różnimy od tłumu przy czym Maks zdecydowanie bardziej. Jego blond dready wzbudzają żywe zainteresowanie. Trudno, musimy się przyzwyczajać, bo w Pakistanie czy Indiach nie będzie inaczej. Przechodzimy koło mięsnego. Na wystawce dość szokujący zestaw: mózg oraz owcza oskórowana głowa. Robię zdjęcia i nawet nie zauważam jak przysuwa się do mnie Ali. &#8211; Robi się z tego śniadanie- oznajmia- bardzo dobre, ale podają to tylko bardzo, bardzo rano. Istnieje jeszcze bardziej rano niż my to dziś doświadczyliśmy? Co to za kraj? Wynajdują godziny dnia, które jeszcze parę tygodni temu były zarezerwowane dla naprawdę dobrych imprez. Przechodzimy dalej i na stoisku warzywnym zauważam coś znajomego. Ogórki kiszone! Robię zdjęcie. &#8211; Eee… no to są takie ogórki, które są trochę zepsute- tłumaczy Ali- ale nie są złe! Bardzo smaczne, takie kwaśne. Jak miałem gości kiedyś to się śmiali, że w Iranie jemy zepsute rzeczy… Widzę, że jest zakłopotany, więc postanawiam go poratować. &#8211; U nas też są popularne- uśmiecham się &#8211; Naprawdę? &#8211; No najlepiej smakują do wódki- mówi Maks. No cóż tego akurat w Iranie nie można dostać. Przynajmniej oficjalnie. Postanawiamy iść coś zjeść. Ali prowadzi nas do małej miejscowej knajpy. Pełny talerzy ryżu z mięsem na wierzchu i grillowanymi pomidorami  kosztuje niecałe 2 dolary na osobę. Prosto, pięknie i smacznie. Po jedzeniu spotykamy się ze znajomymi Aliego i idziemy na shishę. Schodzimy po schodach pod ziemię. Knajpa dość specyficzna. Większość miejsc siedzących jest na dywanach, chociaż przy ścianach gdzie dywany się nie zmieściły stoją stoliki. Jest aż siwo od shishowego dymu i siedzi całkiem sporo Irańczyków. Sami mężczyźni. Chłopaki tłumaczą nam, że kobiety nie mogą wchodzić do lokali, które są położone pod ziemią. Zabrania tego jakieś prawo. Nie wiedzą jakie. Pomiędzy stolikami i dywanami rozłożonymi na ziemi krążą pracownicy roznosząc herbatę w charakterystycznych szklankach. Zasada jest taka: kupujesz shishę, dostajesz tyle herbaty i węgli ile tylko do niej chcesz. Siadamy i zaczynam wypytywać naszych Irańskich kolegów o wszystko co mi przyjdzie do głowy. Bardzo szybko orientuję się, że obracają temat i wypytują nas o informację na temat naszego kraju i sytuacji na świecie. Iran to bardzo zamknięty kraj. Cenzura powoduje, że Irańczycy nie mają dostępu do wielu filmów i książek. Informacje w gazetach są bardzoskąpe. A internet jest pod jurysdykcją władz. Próba wejścia na strony zachodnich mediów, kończy się zwykle wielkim zdjęciem głowy wodza i szefa wszystkich szefów. Podpis pod zdjęciem oznajmia, że pewnie się pomyliłeś wpisując adres, ale za to masz tutaj strony które są o niebo lepsze od tego co chciałeś zobaczyć. Oczywiście tak jak w każdym przypadku Irańczycy znaleźli sposób na obejście tej blokady, niemniej oficjalne wchodzenie na facebooka np. w kawiarence internetowej (tak! Mają tego całkiem sporo) wiąże się  z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Dlatego też zostaliśmy przy shishy przyparci do muru i wypytani o wszystko co przyszło chłopakom do głowy. Zaczęli od polityki, a skończyli na pytaniu szeptem czy to prawda, że w nieocenzurowanym internecie można znaleźć filmy dla dorosłych. Po dwóch godzinach byliśmy trochę zmęczeni od ciągłego gadania i zaczęliśmy się zbierać. &#8211; Wiecie co? Bardzo dobrze mi się z Wami gada i wyglądacie na fajnych gości. Może macie ochotę pojechać jutro na Irańskie wesele?- pyta nas Ali. Oczywiście! Nie możemy odmówić! *** Następnego dnia rano do salonu wpada babcia Aliego i zaczyna nas budzić. Mam wrażenie, że wpadliśmy w jakąś pętle czasoprzestrzenną. Dzień świstaka czy coś takiego. Patrzę na zegarek. Uhu! Dziś to poszaleliśmy- dała nam pospać 20 minut dłużej. Po śniadaniu wsiadamy do samochodu z rodzicami Aliego i jedziemy do wioski w której ma odbyć się wesele. Po drodze załatwiamy jeszcze worek pieniędzy w bardzo niskich nominałach i parę drobnych zakupów. Cały czas rozmawiamy z Alim. Okazuje się, że pomimo, że ma 19 lat, jest już na trzecim roku studiów. Liczy, że będzie mógł zdobyć jakiś grant i wyjechać „gdzieś na zachód”. Wyobraża sobie, że Europa zachodnia to kraina miodem i mlekiem płynąca i nie da się tam nie odnieść sukcesu. Nie wyprowadzamy go z błędu. Fascynuje mnie kultura jazdy w Iranie. Z resztą od Iranu na wschód było coraz ciekawiej. Stojąc obok można odnieść wrażenie, że chaos, brak świateł, nie używanie kierunkowskazów, traktowanie ograniczeń prędkości jako sugestii będzie prowadziło do dużego niebezpieczeństwa na drodze. Jednak Irańczycy w przeciwieństwie do Polaków są na drodze bardzo dla siebie mili. Zawsze ustępują innym, robią sobie miejsce nawet gdy ktoś wyprzedza „na czwartego”. Dlatego pomimo, że z boku ten chaos przeraża to jednak jest w nim metoda. Zdolność do brawurowej jazdy razem z domieszką uprzejmości Irańczycy wysysają chyba z mlekiem matki. Jednak przy tej pierwszej przejażdżce na wesele jeszcze tego nie wiedziałem. Dlatego z coraz większymi oczami patrzyłem na drogę i zaciskałem dłoń na uchwycie pod sufitem. Gdy w pewnym momencie wjechaliśmy pomiędzy dwie ciężarówki dosłownie na milimetry obróciłem się w stronę Maksa: &#8211; Widziałeś?- szepnąłem. Spał. Nie wierzę! Ja tu padam ze strachu, a ten się zdrzemnął. Docieramy na miejsce. Ali tłumaczy nam jak wygląda irańskie wesele w tej części Iranu (ponoć wszędzie inaczej). Po pierwsze trwa 5 dni z czego pierwsze 4 są robione w domu pana młodego, a ostatni w domu panny młodej. Po drugie te pierwsze cztery dni są też robione oddzielnie. Osobne imprezy mają mężczyźni i osobne kobiety. Mężczyźni nie mogą zobaczyć kobiet i ten podział jest bardzo mocno przestrzegany. Wchodzimy na sale i wita nas ojciec pana młodego. Zaraz zostaje podane jedzenie na „obrusie” z foli rozłożonym na dywanie. Wspominałem, że nie mogłem się przemóc do jedzenia z dywanu? No cóż teraz do codziennej gimnastyki dołączyły elementy akrobatyki, bo miałem pożyczoną koszulę, którą za wszelką cenę musiałem bronić przed plamami. Wyszedłem zwycięsko ze starcia. Po jedzeniu przechodzimy do drugiej Sali gdzie odbywa się właściwa impreza. Na „scenie” stoi wodzirej, który daje coraz to dziwniejsze zadania biesiadnikom. Głośniki zrobione chyba z tekturowych pudełek są okropnie przesterowane i charczą jak oszalałe. Rozglądam się po gościach. &#8211; Jakby wyłapać wszystkich wąsatych wujków ze wszystkich wesel w Polsce i umieścić na jednej imprezie- mówi Maks. Ma rację. Siadamy sobie gdzieś z boku po cichu i obserwujemy. Po chwili na scenę wchodzi dwóch facetów i zaczynają tańczyć. Podchodzi do nich paru innych i zaczyna ich obsypywać banknotami. Obracam się do Aliego. &#8211; O co chodzi?- pytam &#8211; Każdy może wejść na scenę i zatańczyć. Cała reszta może docenić taniec i zapłacić za niego tańczącemu.- wskazał na jednego z tańczących, któremu ewidentnie fantazja zerwała się ze sznurka i pognała przed siebie.- kasa jest zbierana przez dzieci do tamtych koszy i przekazana w prezencie dla nowożeńców. &#8211; Ciekawe &#8211; Zamierzam wytańczyć najwięcej- Ali uśmiecha się do mnie- wiesz, jestem tancerzem. Wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie na którym ubrany jest w przedziwny strój. W wielkim skrócie są to białe pióropusze. Wszędzie. Uśmiechamy się obaj z Maksem. Strój przypomina nam najbardziej ten zwykle widziany na karnawale w Rio. Po chwili faktycznie wychodzi na scenę i tańczy i zdecydowanie wypada najlepiej ze wszystkich biorących udział. Próbuję to nagrać i wtedy wszyscy goście orientują się, że jesteśmy z Maksem także obecni na imprezie. Przez następne dwie godziny w zasadzie co pięć minut ktoś do nas podchodzi i robi sobie z nami zdjęcie. Trochę to dziwne i kompletnie nie wiemy jak się zachować, więc na każdym zdjęciu stoimy i trzymamy kciuk w górę. Zrobiliśmy chyba z 50 zdjęć gdy podchodzi do mnie ubawiony Ali. &#8211; Chłopaki nie możecie tak pokazywać. W Iranie to oznacza, że możecie sobie ten palec wsadzić w… no, powiedzmy, że nie jest to miły znak. Patrzę...</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/o-weselu-iranskim/">MXT 2012 Odc 13: O weselu irańskim, władzy kobiet i wstawaniu w nocy</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/o-weselu-iranskim/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">441</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 12: O cenie benzyny w Iranie</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/mxt-2012o-cenie-benzyny-w-iranie/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/mxt-2012o-cenie-benzyny-w-iranie/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:34:36 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Iran]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=439</guid>

					<description><![CDATA[<p>Zanim powiem coś o Iranie muszę Was uprzedzić: pokochaliśmy ten kraj. Pokochaliśmy ludzi, których tam spotkaliśmy, pokochaliśmy pustynię i całkowicie powaliła nas gościnność Irańczyków. Polubiliśmy wszystko tak bardzo, że nawet przestało mi przeszkadzać codzienne picie herbaty. Niezależnie jak chciałbym być obiektywny chyba w tym przypadku nie dam rady. Bierzcie na to poprawkę. Przekraczamy granicę i już za otwartą bramą pomimo późnej godziny obskakuje nas multum irańskich biznesmenów. Panowie, których charakterystyczną ceną jest posiadanie przynajmniej jednego złotego zęba, próbują nam sprzedać riale. Po bardzo okazyjnych cenach. Rada na przyszłość: nigdy nic nie kupujcie na granicy. Nie ważne czy to pieniądze, jedzenie czy oryginalna pamiątka made in China. Nie da się kupić nic dobrego na granicy. To zasada bardzo podobna do: żadna dobra decyzja nie jest podejmowana po 2:00 w nocy. Zasada, która ma zastosowanie niezależnie od szerokości geograficznej czy aktualnego ustroju politycznego. Ku wielkiemu smutkowi biznesmenów odmawiamy wszystkim przenośnym kantorom i ruszamy w dalszą drogę. Muszę wytłumaczyć dlaczego tak dużo ludzi jest chętnych na sprzedanie riali na granicy. Otóż system bankowy Iranu nie jest w żaden sposób połączony z tym dostępnym wszędzie. Zapomnijcie o Visa i MasterCard. Są bezużyteczne w Iranie. Na szczęście wiedzieliśmy o tym wcześniej, więc zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość dolarów. Jednak nie wzięliśmy pod uwagę jednego: o 22:00 może być ciężko wymienić jakiekolwiek pieniądze. Po 50 kilometrach od granicy kończy się nam powoli benzyna. Postanawiamy zatrzymać się, żeby zadzwonić do naszego hosta z Tabrizu, ale przy okazji, na wszelki wypadek sprawdzić czy karty bankowe na prawdę nie działają. Zatrzymujemy się więc pod bankomatem z dumnym napisem Euro-banko naiwnie licząc, że może: Skoro jest „Euro” w nazwie to pojawił się w Iranie bank, który udostępnia wyciąganie pieniędzy z europejskiego konta. Jeżeli odpowiednią ilość razy włożymy kartę do bankomatu to go przekonamy, że nasze banki są równie warte zaufania jak te tutejsze. Idę do bankomatu, a Maks dzwoni do Aliego. Niestety nie udało mi się przekonać ściany płaczu, żeby nam coś wydała. Maks ma lepsze informacje: &#8211; Ali powiedział, że niezależnie o której dojedziemy będzie na nas czekał. Miło. Teraz musimy tylko wykombinować jak dojechać do Tabrizu bez benzyny. Chyba nie uda nam się przekonać motocykli do porzucenia męczącego nałogu palenia w 15 minut. Stoimy pod bankomatem i myślimy co dalej. Podjeżdża samochód i wysiada młody facet w garniturze. Uznajemy, że wygląda na takiego co włada mową Królowej Elżbiety i zaczynamy go wypytywać o kantor, albo jakąkolwiek inną możliwość wymiany waluty. &#8211; Hm. Nie wymienicie nic o tej godzinie- odpowiada drapiąc się po głowie- ale możemy zrobić tak, że ja wyciągnę więcej i Wam wymienię. Ile potrzebujecie? Patrzę na Maksa. Nic nie mogę poradzić na moją podejrzliwość. Jeśli ktoś ot tak próbuje pomóc to może chce nas oszukać? Maks wzrusza ramionami. &#8211; Mamy jakieś inne wyjście?- pyta po polsku- możemy nocować koło drogi, ale jutro będziemy musieli pewnie będziemy musieli i tak znaleźć kogoś kto nam wymieni kasę. Ma racje. Obliczamy, że przy cenach benzyny z Turcji 30 dolarów powinno nam starczyć. Zgadzamy się na transakcję, a nasz nowy przyjaciel wymienia nam po kursie lepszym niż w kantorze. Tłumaczy też nam jak dokładnie sprawa wygląda z dolarami. Posiadanie dolarów jest ogólnie rzecz biorąc „niewskazane”. Kurs szybuje w różne strony z godziny na godzinę, ale powinniśmy przyjąć, że dolar kosztuje około 30 000 riali. Po krótkiej rozmowie dodaje: &#8211; Jeżeli nie chcecie dziś jechać dalej to możecie przenocować u mnie. Mam miejsce, a i coś do jedzenia się znajdzie. Dziwię się okropnie. Obcy człowiek, jeszcze 10 minut temu nas nie znał, a teraz nie dość, że nam pomógł to jeszcze zaprasza nas do siebie do domu. Nie znaliśmy wtedy jeszcze Iranu i takie podejście było dla nas czymś niecodziennym. Odmawiamy, grzecznie tłumacząc, że w Tabrizie czeka na nas przyjaciel. &#8211; Dobra, to nie zatrzymuje- mówi- szerokiej drogi i niech Allah ma was w opiece. Żegnamy się i dojeżdżamy na najbliższą stację. Cena benzyny nas powala. Niecałe 6000 riali za litr. Trochę obliczeń, całka tu, różniczka tam i wychodzi nam, że to 20 centów za litr, czyli… 60 groszy. A i tak to cena dla obcokrajowca, który nie ma specjalnej karty na zniżkę. Irańczycy głównie tankują gaz, który kosztuje jedną trzecią tego co benzyna. Raj dla Europejczyka. Można zapomnieć o kosztach jazdy i oddać się przyjemności prowadzenia motocykla. 30 dolarów, które wymieniliśmy może nam starczyć na około 1500 kilometrów trasy. W migowym pokazujemy obsłudze stacji, że cena jest więcej niż ok. Ci, ucieszeni wmuszają w nas pół litra herbaty i pół tony cukru. Żegnamy się i ruszamy rozgrzani herbatą i z pełnymi bakami dalej. Dojeżdżamy do Tabrizu i zatrzymujemy się pod wściekle żółtym meczetem uznając, że to dobry punkt orientacyjny. Dzwonimy do Aliego i podajemy mu miejsce. &#8211; Wiecie ile jest żółtych meczetów w Tabrizie?- pyta nasz rozbawiony host.- Dobra, poszukam Was. Wtedy wydawało mi się to mało zabawne. Jednak parę tygodni temu hostowalem we Wrocławiu parę z Francji i żeby ich znaleźć zapytałem gdzie są. Odpowiedzieli: &#8211; Pod dużym kościołem. Pomocne. Stoimy tak chwilę i podjeżdża samochód. Wysiada dwóch Irańczyków. &#8211; Cześć! Zgubiliście się? Pomóc?- pytają. &#8211; Nie spoko czekamy na kumpla, mamy tylko problem z określeniem gdzie konkretnie jesteśmy. &#8211; Dajcie jego numer- mówi jeden wyciągając komórkę. Dzwonią do Aliego i podają mu nazwę ulicy. &#8211; A gdzie nocujecie? – pyta jeden. &#8211; No właśnie u Aliego- uśmiecham się. &#8211; A ok, poczekamy z Wami, jakby nie przyjechał to Wam najwyżej skombinujemy jakieś miejsce- oznajmiają. Zaczynam gadać. Pytają o cel podróży, radzą co zobaczyć w Tabrizie i ogólnie  w Iranie. Ostrzegają, żeby nie ufać policji i wojsku. Czekamy, aż po półgodzinie przyjeżdża Ali. Wita się z naszymi nowymi kolegami i zapewnia ich, że się nami zajmie. Ci żegnają się, wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Ali, do tej pory uśmiechnięty i wyluzowany, obraca się do nas z poważną miną. &#8211; Zwariowaliście? Opowiadać takie szczegóły na temat podróży i noclegu obcym ludziom?- pyta, a ja nie rozumiem o co mu chodzi- W Iranie couchsurfing jest zabroniony. Każdy Irańczyk ma obowiązek zgłosić obcokrajowca na posterunku policji i musielibyście zameldować się w hotelu. Mogą nam grozić poważne konsekwencje za trzymanie obcokrajowców w domu. Czuję się strasznie głupio, naraziliśmy Aliego na nieprzyjemności. Przepraszamy go, ale macha tylko ręką. &#8211; Nie ma sprawy- uśmiech znowu powraca na jego twarz- nic się nie stało, Ci goście na 90% z policji nie są. Ale uważajcie na przyszłość. Okazało się jednak, że nasz host trochę przesadził. Dużo praw w Iranie jest obchodzonych i rejestracja obcokrajowców jest jednym z nich. Jednak od tej pory staram się zawsze pilnować i wypytywać ludzi o kraj zanim do niego wjedziemy. Ali wsiada do samochodu i każe nam jechać za sobą. Po jakimś czasie docieramy do jego domu i nasz host wskazuje nam fragment dywanu na którym będziemy spali. Irańskie dywany są dumą narodową. Na dywanie się śpi, na dywanie się je, na dywanie prawdopodobnie zostało poczęte pół Iranu. Meble są zazwyczaj ozdobne i Irańczycy korzystają z nich rzadko. O ile spanie na dywanie to nie problem, o tyle po trzech tygodniach w Iranie zacząłem na prawdę cierpieć z powodu jedzenia. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, ale dosłownie nie mogłem znaleźć odpowiedniego ułożenia ciała, żeby jeść jak człowiek. Talerz na ziemi? Powodzenia w nie upuszczeniu ryżu z widelca. Talerz pod brodą? Jak długo jesteś w stanie trzymać pełny talerz na ręce? No nie wiem. Po prostu instytucja stołu bardziej do mnie przemawia. Zwijamy się w kłębki na dywanie i zasypiamy.</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/mxt-2012o-cenie-benzyny-w-iranie/">MXT 2012 Odc 12: O cenie benzyny w Iranie</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/iran/mxt-2012o-cenie-benzyny-w-iranie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">439</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 11: Wjazd do Iranu, i o dziwnym śniadaniu</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:20:21 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=437</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wjazd do Iranu był stosunkowo prosty po załatwieniu wszystkich formalności, ale wróćmy jeszcze na chwile do Turcji. Następnego dnia rano wstaje, a Maksa już nie ma. Jak przez mgłę przypominam sobie, że poprzedniego wieczora rzuciłem coś o tym, że wkurza mnie, że jesteśmy już w podróży trzy tygodnie i codziennie muszę go budzić. A nie było to łatwe zadanie. Sam mam problem z tym, żeby wyczłapać się z łóżka, ale z budzeniem Maksa było jak z codzienną poranną bitwą. Z czołgami, helikopterami i konsekwencjami dla krajów ościennych. Zaczynało się niewinnie od informowania go, żeby się podniósł, potem nadchodził ciężki sprzęt w postaci przekleństw i obietnicy, że go zostawiam. Zwykle wtedy podnosił się, wciągał spodnie motocyklowe i oznajmiał, że jest gotowy. Raz czy dwa przewrócił się na drugi bok i stwierdził: &#8211; Dogonię cię. Jednak poprzedniego wieczoru wjechałem mu na ambicje. Oburzył się i powiedział, że sam wstanie i to na pewno przede mną. &#8211; Dobra, to jak już wstaniesz to zrób śniadanie- odpowiedziałem pewny, że i tak skończy się jak codziennie. A jednak wstałem, a mojego towarzysza podróży nie było. Idę do łazienki i na korytarzu wpadam na naszego zaspanego gospodarza. &#8211; Gdzie Maks?- pytam. &#8211; Poszedł do sklepu po coś na śniadanie- odpowiada. No proszę czyli musiałem poprzedniego dnia na prawdę przekroczyć linię! Idę pod prysznic. Gdy wychodzę słyszę z kuchni: &#8211; Wróbel chodź jeść! Dobra, człapię. Wchodzę do kuchni i siadam do najdziwniejszego śniadania jakie dane mi było jeść do tej pory. Maks nie znalazł w najbliższym sklepie żadnej formy chleba, więc kupił… ciasto. Technicznie był to biszkopt do tortów. Do tego dochodziło nadzienie. W założeniu nadzienie miało być zdrowe, same owoce: brzoskwinie, ananasy oraz kawałki jabłka. Jednak większość była z puszek w którym pływały w cukrowym syropie.Całość została okraszona połową słoika Nutelli wpakowanego między owoce. Nasze śniadanie wyglądało jak koszmar piekarza cukiernika i cukrzyka jednocześnie. Spojrzałem na Maksa, na śniadanie i znowu na Maksa. &#8211; Dobre! – uśmiechnął się- są witaminy, są węglowodany, nie będziemy musieli nic jeść do wieczora. &#8211; Idę po aparat- odpowiedziałem. Zdarzało nam się wspominać, że nasza wyprawa  była studenckim tripem dookoła świata. Najbardziej studenckie było w niej to, że była niskobudżetowa. A przez to zdarzało nam się jeść takie cuda techniki i inżynierii kuchennej jak parówki z makaronem (tak, przyznaje to mój projekt, żeby nie było, że tylko Maks wpadał na świetne pomysły), lub pasztet z niespodzianką, czy osławiona kromka ze smakiem. Jednak umysł Maksa wspiął się dalej ścieżkami, które normalnym ludziom są niedostępne- zrobił nam biszkoptowego kebaba z owocami i nutellą. Jedzenie tego wynalazku zajęło nam trochę czasu, bo czułem jakbym wziął ze stołu cukiernicę, przekręcił nad ustami i na wierzch nałożył jeszcze nuteli. Jednak z perspektywy całego dnia nie mogłem odmówić Maksowi racji- nic już więcej nie musieliśmy jeść. Przebrnęliśmy przez śniadanie, spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z hostem i ruszyliśmy, przygotowani na wjazd do Iranu. Wydawało nam się, ze będzie to prosta przeprawa. Wstaliśmy specjalnie wcześniej i byliśmy gotowi na te 600 kilometrów, które dzieliły nas od kraju Persów. Jednak droga z wybrzeża zaczęła się bardzo szybko wspinać i wić jednocześnie. Nad morzem mieliśmy ok. 30 stopni, jednak po dwóch godzinach jazdy zrobiliśmy tylko 80 kilometrów i temperatura spadła do 12 stopni. Zatrzymaliśmy się i ubraliśmy dosłownie wszystko co mieliśmy w sakwach. Podpinki do ciuchów motocyklowych, bielizna termoaktywna, zimowe rękawice, kołnierze. Tak uzbrojeni ruszyliśmy znowu przypominając trochę cyrkowe niedźwiedzie na małych rowerkach. Po następnych 10 kilometrach jazdy i następnych 500 metrach wzwyż zatrzymaliśmy się znowu i ubieramy  co tylko udało nam się jeszcze wygrzebać z bagażu. W rezultacie mam na sobie trzy warstwy odzieży, z której większość można określić jako ubrania drugiej świeżości. Wyglądam jak ludzik Michellin tylko bez charakterystycznych wcięć. Nie mogę zginać rąk, ani połączyć nóg po zejściu z motocykla, więc wyglądamy jak zagubieni w czasie i przestrzeni kowboje. Zatrzymujemy się zatankować i pomimo mojej czystej nienawiści do herbaty przyjmujemy dwie szklanki z wdzięcznością. Patrzę na termometr na stacji. Jest około 4 stopni Celsiusza. 4! W Turcji! Oszaleli z tą pogodą! (w momencie gdy piszę te słowa- styczeń- W Erzurum jest -19 stopni) Po zachodzie trafiamy do Erzurum. Miasta określanego w Turcji jako biegun zimna i jednocześnie centrum sportów zimowych (W Turcji? Narty? A jasne!). Zatrzymujemy się i szczękając zębami ustalamy, że dziś dalej nie jedziemy- szukamy noclegu. Znajdujemy parę hosteli, ale wszystko pozajmowane, lub niebotycznie drogie. Postanawiamy, że chociaż było by to niezmiernie ciekawe doświadczenie nie chcemy spać na ulicy. Jedziemy do najmniej wypasionego hotelu i planujemy się z nimi targować. Nic z tego. Nie chcą sprzedać miejsca za 20% ceny. Stoimy przed wielopoziomowym garażem hotelu i zastanawiamy się co dalej. Wtem przed wjazdem zatrzymuje się paroletni mercedes i wyskakuje z niego mężczyzna w średnim wieku. &#8211; Nocujecie w hotelu?- pyta płynną angielszczyzną. &#8211; Nie, trochę drogo dla nas- odpowiadam. &#8211; Chodźcie zaraz coś poradzimy- mówi. Wjeżdżamy za nim na parking, a potem idziemy do recepcji. Po drodze opowiada nam jak parę lat temu przejechał z paroma kumplami Route 66 w stanach na wypożyczonych motocyklach i marzy o tym, żeby teraz kupić sobie motocykl. Przy recepcji okazuje się, że nasz towarzysz jest właścicielem hotelu pod którym się zatrzymaliśmy. &#8211; Dam wam 50% zniżki na pokój- oznajmia- oczywiście będzie niższego standardu, ale zostajecie tylko na jedną noc, więc to nie problem, nie? Uśmiecham się. 50% to mniej to nadal sporo jak dla nas. No dobra, trzeba przecież docenić gest gospodarza. Po za tym nie ma co liczyć, że park w Erzurum ma grzane ławki. &#8211; Tak, dziękuję bardzo- mamroczę. Gospodarz uśmiecha się i mówi: &#8211; Dobra wypakujcie rzeczy i tu macie klucze. Miłego noclegu. I zniknął. Rozpakowaliśmy się. Faktycznie dostaliśmy najtańszy pokój z widokiem na mur i prześcieradłami nie zmienianymi co najmniej od czasów Ataturka. Ważne, że jest gdzie spać i nie kapie na głowę. Rano zostawiamy klucz i okazuje się, że rachunek dostajemy na kwotę niższą o 70% od początkowej. Nie ma właściciela, żeby mu podziękować więc zostawiamy wizytówkę i ruszamy do Iranu. Krajobraz po drodze kosmiczny. Wielkie przestrzenie i tylko co pewien czas na horyzoncie majaczy pojedyncza chatka. Pięknie i niesamowicie pusto. Jedziemy godzinami przez tą bardzo wysoko położoną pustynię. Tam też po raz pierwszy natrafiamy na podróżników. W pewnym momencie mijamy faceta idącego poboczem drogi z kijem w ręce i monstrualnym plecakiem na plecach. Machamy, on odmachuje. To jedyny raz gdy się nie zatrzymaliśmy, żeby pogadać, lub zapytać czy czegoś potrzebuje. Zdaje się, że myśleliśmy jeszcze w europejski sposób. W Europie każdemu się wydaje (i tak nam się też wydawało), że najbliższa stacja benzynowa jest rzut mokrym moherowym beretem od miejsca w którym stoisz, a w razie gdybyś potrzebował pomocy wyciągasz telefon i dzwonisz po taksówkę, lub policję, w zależności od złożoności problemu. Żyjemy bardzo wygodnie i wtedy jeszcze przez myśl nam nie przeszło, ze ten człowiek mógł ostatnie miejsce z wodą minąć 40 kilometrów od miejsca gdzie go spotkaliśmy. Z drugiej strony nie próbował nas zatrzymać, więc miałem wymówkę przed samym sobą. (Swoją drogą ze sprawdzonego źródła wiem, że nic mu nie jest, ale o tym później). Zbliżamy się do granicy Irańsko-Tureckiej, a słońce powoli chowa się za horyzontem. 10 kilometrów przed samą granicą mijamy parę na rowerze. Postanawiamy,  że trzeba się zatrzymać i zrobić parę zdjęć. Planujemy też poczekać na rowerzystów. Niestety pomimo prawie godziny oczekiwania nie docierają do naszego postoju. Stwierdzam, że pewnie rozbili obóz. &#8211; Jedziemy na granicę, czy myślisz, że będzie zamknięta?- pyta Maks. Nie pomyślałem o tym, że granica może być zamknięta. Patrzę na zegarek. &#8211; Spróbujmy, najwyżej wrócimy tutaj i rozbijemy namiot i jutro zjemy śniadanie z rowerzystami- stwierdzam. Jedziemy do granicy. Już parę kilometrów przed zaczyna się kolejka TIRów. Zaparkowanych. Nie dobrze. Dojeżdżamy do budki i na nasze spotkanie wychodzi dwóch celników. Bez zbędnych ceregieli podbijają nam wyjazd z Turcji ostrzegając również, że do Iranu nie można wwozić, żadnego alkoholu. Kiwamy głowami. Mamy w sakwach dwie buteleczki wódki które dostaliśmy od przyjaciół przed wyjazdem z przykazaniem, że mamy wypić w najbardziej magicznym miejscu, oraz pół litra wiśniówki, którą Maks wiezie dla swojej dziewczyny w Indonezji. Najwyżej skonfiskują. Chociaż łatwo nie oddamy. Dojeżdżamy do części Irańskiej. Tak samo podchodzi do nas dwóch celników, jednak ci są w zdecydowanie lepszych humorach. &#8211; Hej! Skąd jedziecie? Niemcy?- pytaj jeden ukazując pełen garnitur zębów. &#8211; Nie, Polska- odpowiadam. &#8211; Polska! Boniek!- krzyczy drugi klepiąc Maksa po ramieniu. Maks patrzy na mnie zdziwiony. Nie był zbyt wielkim fanem piłki nożnej. Subtelnie kiwam głową. &#8211; Tak, Boniek- mówi Maks. &#8211; Dobra chłopaki, otwórzcie bagaże No to jesteśmy ugotowani. Otwieram sakwę, a jeden z celników ciekawie zagląda do środka. Po ubieraniu wszystkich ciuchów na siebie poprzedniego dnia wrzuciłem je po prostu z powrotem, przez co sakwa wygląda jakby ktoś wrzucił tam granat. Rezygnują z przeszukania zawartości. Zamiast tego postanawiają po dotykać z zewnątrz nasz bagaż symulując próbę przeszukania. &#8211; Jakiś alkohol?- pyta jeden. &#8211; Nie – odpowiadam. Najwyżej będę zdziwiony. &#8211; Oooo czemu?- widzę, że są strasznie zawiedzeni. &#8211; Narkotyki? Haszysz?- próbuje drugi. &#8211; Nie, nie- szybko odpowiadam. &#8211; A chcecie? – obaj uśmiechają się tak, że można to odczytać jako żart. Chociaż pewny nie jestem. &#8211; Dobra, przeszukani- jedźcie się odprawić. Dojeżdżamy do budynku celników i z całą teczką papierów wchodzimy do środka. Krążymy po nim od okienka do okienka przez prawie dwie godziny. Wszyscy bardzo skrupulatnie przeglądają nasze papiery, aż wreszcie lądujemy u głównego kierownika zamieszania. Ten rzuca coś do swojego podwładnego i on wyprowadza nas na zewnątrz. Wyciąga w naszym kierunku rękę z dokumentami i mówi: &#8211; Tu wasze dokumenty, 20 dolarów i możecie jechać. Spanikowaliśmy. Nigdy nikomu nie dawaliśmy łapówki wcześniej i nie chcieliśmy tego robić. Nie wiedzieliśmy jak się zachować. Jakie mamy prawa? Wolno nam się targować? Zauważył nasze zdenerwowanie i dorzucił: &#8211; Jak nie, to rozbierzemy motocykle na części i sprawdzimy czy nie ma jakiś błędów- popatrzył na mnie i na Maksa- utkniecie tu na miesiąc- zakończył z uśmiechem. Decyzja była szybka. Maks wręczył urzędnikowi 20 dolarów, a temu aż się oczy zaświeciły. Syknąłem. Byłem zły i zawiedziony. Mój towarzysz uśmiechnął się: &#8211; Wczoraj zaoszczędziliśmy na noclegu, trudno, ważne, że jesteśmy w Iranie. Prawda. Witaj Iranie!</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/">MXT 2012 Odc 11: Wjazd do Iranu, i o dziwnym śniadaniu</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">437</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 10: Wiza do Iranu i dlaczego wszystko smakuje jak kurczak?</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:15:38 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=435</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wiza do Iranu to jedna z tych których nie udało nam się załatwić w Warszawie. Usłyszeliśmy jednak, że można ją całkiem łatwo dostać w Turcji&#8230; ale po kolei. Następnego dnia wstajemy, i po szybkim pakowaniu i odwiedzeniu twierdzy górującej nad Ankarą zbieramy się w dalszą podróż. Cel na dziś to Trabzon. Przy wyjeździe z Ankary nagle wśród generalnego hałasu z lusterka znika mi Maks. Zatrzymuję się i obracam. Motocykl Maksa leży, a on próbuje go podnieść. Odstawiam Hakunę i podbiegam. &#8211; Nic Ci nie jest?- pytam. &#8211; Nie –odpowiada i wskazuje ruchem głowy na ulicę- Olej jest rozlany na drodze. Faktycznie na środku naszego pasa błyszczy się czarna plama. Jechaliśmy bardzo wolno, więc straty są symboliczne. Rozdarta sakwa, którą szybko naprawiamy „trytkami” i zgięta dźwignia zmiany biegów, którą oczywiście odginamy. Wielokrotnie byliśmy pytani: czemu nie mamy kufrów na motocyklach? Najlepiej takich aluminiowych i błyszczących. Jak ci podróżnicy z telewizji. No cóż… po pierwsze takie kufry są cholernie drogie, nie wiem czy zestaw takich kufrów nie byłby droższy od naszych motocykli. Biorąc pod uwagę, że nasza wyprawa miała symboliczny budżet to na tym argumencie moglibyśmy skończyć, ale muszę dodać coś czego się nauczyliśmy w trakcie tego roku: sakwy można zszyć, lub załatać chociażby i sznurkiem od majtek. W każdych warunkach, niezależnie od szerokości geograficznej, pogody, czy stopnia zurbanizowania okolicy. Każdy ma gdzieś sznurek do majtek. Stworzyliśmy w ciągu podróży wiele prawd wyjazdowych, jedna z nich brzmi: jeśli nie możesz czegoś naprawić podstawowym zestawem narzędzi i srebrną taśmą i trytkami to na 90% nie będziesz mógł tego naprawić nigdzie po drodze. Często po prostu trudno dostać części, lub kogoś kto w ogóle będzie wiedział jak się zabrać za naprawę bardziej skomplikowanych gratów. Dość powiedzieć, że z tego powodu przez 3 miesiące robiliśmy zdjęcia bez ekranu w aparacie. Dlatego właśnie (oprócz kwestii finansowej) nie zdecydowaliśmy się na kufry. Wystarczyłby ten drobny incydent z Ankary i musielibyśmy szukać kogoś, kto wyklepie nam miejsce na bagaż. Trzeba by było szukać, czekać, i co najgorsze: płacić. A tak, teoretycznie wystarczyła by gumka od majtek i sakwa znowu na chodzie. Z podobnego powodu zdecydowaliśmy się na najprostsze motocykle które mogliśmy kupić. Kto jeździł ten wie, że XT’ki to w zasadzie rama, silnik, koła i kierownica. Żadnej elektroniki, żadnego kombinowania. Proste jak budowa cepa, a przez to łatwe do naprawienia nawet i młotkiem. I młotkiem czasami zdarzało nam się je poganiać. Po akcji ratunkowej wyjeżdżamy w trasę. Jedzie nam się rewelacyjnie, piękny, nowy asfalt, ciepło, ale nie na tyle gorąco, żeby gałki oczne zagotowały się pod kaskami. W zasadzie zatrzymujemy się jedynie wtedy, kiedy musimy zatankować czyli co jakieś 200- 250 km. Dojeżdżamy do wybrzeża Turcji. Ah! Cudownie, teraz do słońca i równego asfaltu doszła lekka morska bryza. Zwalniam do prędkości spacerowej i podnoszę szczękę kasku. &#8211; Może obiad sobie zrobimy na wybrzeżu?- mówię. Chociaż w sumie nie wiem po co pytam. Jeżeli jedna z odpowiedzi równa się możliwości zjedzenia czegoś, to raczej jasne, że Maks ją wybierze. &#8211; Jasne, zatrzymajmy się na zakupy- proponuje. Zatrzymujemy się przy pierwszym większym sklepie. Maks zostaje z motocyklami, a ja jako pokładowy kucharz (jak się nie ma co się lubi, to się je co się ma) idę do sklepu. Wychodzę po trzech minutach. Moja ponura mina mówi sama za siebie. &#8211; Jak dziś zjemy to będziemy musieli pościć aż do Iranu- mówię &#8211; Aż tak drogo? –pyta Maks. &#8211; No jeśli chcesz zjeść cokolwiek to tak- odpowiadam- chyba, że jemy bez mięsa. &#8211; Bez mięsa to nie obiad- stwierdza- trudno, kupuj, najwyżej będziemy musieli na coś zapolować. Kupuję „po taniości”. Najtańsze warzywa, placki pszenne, oraz mięso, które na pewno ma bogatą historię, ale bardzo, bardzo nie jestem jej ciekawy. Pomimo, średniej jakości składników robimy jeden z lepszych obiadów od wyjazdu z domu. Chociaż w tym przypadku raczej decyduje o tym sceneria niż moje umiejętności kucharskie. Siedzimy przy stolikach opuszczonej restauracji, a zachodzące słońce grzeje nas w twarz. Chciałoby się tak siedzieć bez końca, ale mamy jeszcze prawie 300 km do zrobienia. Pakujemy się ciężsi o chyba pięć kilogramów na motocykle i ruszamy w kierunku Trabzonu. Dojeżdżamy na miejsce już bardzo późno. Dzwonimy do hosta i dostajemy bardzo dokładne wskazówki jak dojechać do jego domu. Jedziemy według wskazań i lądujemy na lotnisku. Dobra, coś pomyliliśmy. Zawracamy, jedziemy raz jeszcze i lądujemy ponownie na lotnisku. Po paru podejściach wreszcie docieramy do Çağatay’a, który okazuje się przemiłym facetem. Problemem jest jedynie to, że nasz host mieszka w dzielnicy, która przypomina skrzyżowanie Wrocławskiego Nowego Dworu z Trójkątem. Jednym słowem to takie miejsce,  w którym powstają standardowe blokowiskowe przysłowia jak (cytat): „nie ma mocnego na kant kubła”, a ilość żelaza w organizmie może zostać zdecydowanie podniesiona poprzez kosę w żebrach. Mamy pewne wątpliwości co do zostawiania naszych oklejonych motocykli pod blokiem. &#8211; Dobra, dawajcie je do klatki- zarządza nasz gospodarz. Jestem zmęczony, w końcu przejechaliśmy prawie 800 km. Nie chce mi się protestować, ani kombinować, wprowadzamy motocykle, gdy nagle wychodzi sąsiadka z najniższego piętra i zaczyna terkotać coś do naszego gospodarza. Ten uspokaja ją i po chwili kobieta znika. &#8211; Co jej powiedziałeś?- pytam. &#8211; Że jesteście z telewizji, i że będziecie kręcić dokument o Trabzonie – uśmiecha się rozbrajająco. Niegłupio. Wrzucamy wszystkie bagaże do windy która była przewidziana na 1,5 osoby i stłoczeni niczym miesięczny paprykarz szczeciński jedziemy na najwyższe piętro. Dostajemy pokój i kawałek podłogi do spania. Wreszcie! Padamy na twarz. *** Przyjechaliśmy do Trabzonu w zasadzie w jednym celu: wiza do Iranu. W Polsce powiedzieli nam, że ta przyjemność będzie trwała co najmniej miesiąc i musimy zdobyć specjalne zaproszenie od biura turystycznego z tego kraju. Jednak po przeczytaniu części, a nawet sporej części, internetu dowiedzieliśmy się, że w Trabzonie da się wizę wyrobić szybciej. Nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa, ale lepiej jest przecież siedzieć w cieple nad wodą i czekać, niż krążyć czekając między Wrocławiem a Warszawą. Dlatego następnego dnia wyruszamy do ambasady Irańskiej. W poczekalni ilość osób na metr kwadratowy przypominała mi windę z dnia poprzedniego. Każdy mówił w innym języku, więc panuje też niemiłosierny gwar. Rozpoznajemy portugalski i hiszpański, a także typowy brytyjski angielski. Po chwili podchodzi do nas dziewczyna. Niemka- strzelam. Przyglądam się uważniej. Na pewno Niemka. &#8211; Hej, jedziecie do Iranu? –pyta. Rozglądam się po poczekalni. Sami obcokrajowcy z wnioskami o wizę w ręku. Nie, to napad, dawaj kasę i klucz do sejfu!- myślę, ale grzecznie się uśmiecham i mówię: &#8211; Tak, gdzie się składa wnioski? &#8211; Na stole są formularze, trzeba wypełnić i za 15 minut zbiorą od wszystkich. Siadamy i zaczyna się wypełnianie. Wiza do Iranu jeśli o to chodzi nie różni się od każdej innej. Standardowa procedura: imię, nazwisko, nazwisko matki, rozmiar buta babci, miejsce urodzenia, czy masz powiązania z grupami terrorystycznymi? Takie tam, podchwytliwe pytania wizowe. Kątem oka widzę, ze Niemka siadła obok nas i sprawdza co wpisujemy. Wypełniam i nagle docieram do linijki: na ile dni chcesz dostać wizę? Zaczynam się zastanawiać. Standardowo, było chyba na 30 dni. A może na 14? Nie pamiętam, a nie ma teraz jak sprawdzić. &#8211; Na ile bierzemy?- pytam Maksa. &#8211; Lepiej wypełnić na mniej, bo na więcej nie dają- podpowiada nam Niemka- a zwykle ponoć jest tak, że dajesz na mniej i dostajesz na więcej. No, że niby nie potrzebujesz wizy na dłużej. Ja biorę na 5 dni, zobaczą, że chce na mniej i dostanę pewnie dwa tygodnie. Wy też tak powinniście zrobić. Pokrętna logika. Nie lubię jak ktoś powtarza coś czego nie jest pewny i przy tym próbuje innym wcisnąć tą teorię jako prawdę objawioną. Przeczytałem na forach, że nie zdarza się, żeby odmówili wizy do Iranu w tym konsulacie. No chyba, że przy pytaniu „Czy należysz do grup terrorystycznych?” dasz „zdecydowanie tak”. Wtedy jesteś sam sobie winien. &#8211; Trzy tygodnie? –pytam Maksa. &#8211; Dobra Niemka zagląda nam przez ramie. &#8211; Nie dają na tyle- stwierdza. Wzruszam ramionami. Nie dadzą? To przyjdziemy jutro i złożymy kolejny wniosek. Po chwili otwiera się okienko i przemiły Pan zbiera od nas wnioski wydając nam kwity do banku na wpłacenie „opłaty wizowej”. 75 euro. Pfff, drogo, ale dobra, niech będzie. Co możemy zrobić? Pikietować? To tylko 15 euro więcej niż w Polsce. &#8211; Kiedy możemy liczyć na decyzję?- pytam. &#8211; Proszę zapłacić i wrócić z potwierdzeniem- odpowiada. &#8211; Ale kiedy możemy liczyć na odbiór wiz? – ponawiam pytanie. Może mnie nie zrozumiał? &#8211; Proszę pójść zapłacić i wrócić po zapłaceniu, wizy będą gotowe. –powtarza patrząc na mnie jak na upośledzonego. &#8211; Dziś? – pytam zdziwiony. &#8211; Tak, oczywiście. O! To trochę szybciej niż w Polsce. Jedziemy do banku w którym akurat trafiamy na ogólnoturecki dzień załatwiania najdłuższych spraw bankowych. Nie zrażamy się jednak, bo jeśli załatwienie wizy ma trwać jeden dzień to sumarycznie i tak jesteśmy do przodu jakieś 280 godzin. Maks jako starszy specjalista w wytrwałości i mistrz opanowania[1] zostaje, żeby opłacić rachunek, a ja dostaje równie odpowiedzialne zadanie pilnowania motocykli. Wbrew pozorom Maks wraca dość szybko, pakujemy się na motocykle i wracamy do konsulatu. Oprócz nas jeszcze nikogo nie ma więc siadamy i czekamy. Po godzinie, gdy wszyscy już wrócili z banku pojawia się znowu przemiły pan w okienku który zbiera wszystkie potwierdzenia i już po chwili rozdaje paszporty. Otwieram swój, &#8211; Przyznane na 21 dni – oznajmiam uśmiechnięty. &#8211; Patrz, mi też – Maks również zagłębił się w lekturę dokumentu. No to jedziemy do Iranu! Wychodząc mijamy Niemkę, która z wielkimi oczami patrzy się w swój otwarty paszport. &#8211; I jak? –pytam. Tak, wiem złośliwy jestem. &#8211; 5 dni. &#8211; To chyba nawet nie zdążysz dojechać do Teheranu i wrócić- mówi kręcąc głową jeden z Brazylijczyków, który obok niej stoi. Oprócz jednego Brytyjczyka, któremu władze Irańskie odmówiły wizy, ponieważ pochodzi z Wielkiej Brytanii wszyscy dostali pozwolenia na tyle ile zażądali w wniosku. Szybko, sprawnie i łatwo. Może nie tanio, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wieczorem robimy przegląd rzeczy i porządkowanie w sakwach. Maks zszywa dokładnie swoją rozerwaną poprzedniego dnia. Przychodzi nasz host. &#8211; Chłopaki jesteście głodni?– pyta- Znam taką budę przy plaży, mają tylko jeden rodzaj ryby, ale robią ją niesamowicie. Obaj się uśmiechamy. Szykuje się powtórka z Ankary. I chociaż jedyną rzeczą, której nie lubię obok herbaty są ryby, postanawiam spróbować specjału z Trabzonu. Zbieramy wszystko co leży na podłodze i wrzucamy do sakw, po czym zbieramy się i ruszamy z naszym gospodarzem na kolację. Po drodze rozmawiamy o warunkach życia w Turcji i Polsce, o uczelniach, o religii i polityce. Pomimo, że nasz host ma zupełnie inne przekonania niż my rozmowa klei się i dostarcza nam dużo nowych informacji. W końcu postanawiam zadać pytanie, które od tego momentu często zadawałem naszym gospodarzom. &#8211; Çağatay, z czym kojarzy Ci się Polska? &#8211; No, oczywiście z pięknymi kobietami.- odpowiada z uśmiechem- byłem raz w Krakowie, ależ Wy macie tam fajne dziewczyny! Tak. To odpowiedź, która często się powtarzała. Polska na świecie jest kojarzona głównie z pięknymi kobietami i dobrą wódką. Raz nawet usłyszałem teorię, że Rosyjska wódka jest po to, żeby się upijać, ale Polska jest po to, żeby docenić dobry alkohol. Chociaż osobiście sądzę, że jeśli wódka zaczyna Ci smakować to masz problem. Oczywiście po kobietach i wódce był papież, długo, długo nic i Robert Lewandowski, bądź Boniek w zależności od wieku pytanego. Docieramy do budy z jedzeniem. Ryba okazuje się tutejszym gatunkiem, którego nie znam, zawiniętym w folię i smażonym z przyprawami na grillu. Smakuje jak kurczak[2] z domieszką tego co morze wyrzuciło na brzeg. Całkiem niezłe jak na rybę. Wracamy do mieszkania, siedzimy jeszcze chwilę na balkonie paląc sziszę i rozmawiając. Zbieramy się i idziemy spać. Jutro w drogę do Iranu. [1] Zdolności te można nabyć na poczcie i w urzędach miejskich [2]Nigdy nie ufajcie komuś kto mówi, że coś smakuje jak kurczak. Nic nie smakuje jak kurczak, po prostu mamy problem z wymyśleniem smaku dlatego wybieramy coś co jest najbardziej neutralne. Tarantula nie smakuje kurczakiem, żaby też nie, tak samo szarańcza. Wiem bo próbowałem. A pomimo to może mi się przytrafić, że będę coś porównywał do kurczaka. Proszę wziąć na to poprawkę. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/">MXT 2012 Odc 10: Wiza do Iranu i dlaczego wszystko smakuje jak kurczak?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">435</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 09: O Kokoreçu i polowaniu na magiczne momenty w mieście zwanym Ankara</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:04:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=433</guid>

					<description><![CDATA[<p>Następnego dnia urywamy się ze Stambułu i obieramy nowy kierunek: Ankara. Mamy poznać tam innych znajomych Maksa z Erazmusa w Portugalii. Podróż pomimo ponad 400 km, które musimy zrobić mija dość szybko, drogi w Turcji są naprawdę dobrej jakości, i gdyby nie cena paliwa to byłby to idealny kraj na motocyklową wyprawę. W pewnym momencie zauważamy, że od głównej drogi odchodzi szutrowa odnoga. Maks daje mi znak, żebyśmy zjechali na pobocze. &#8211; Przejedziemy się chociaż kawałek off roadowo?- pyta. Maaaaarze o tym. No dobra, niech mu będzie, sprawdzam na GPSie czy ta droga prowadzi gdziekolwiek. O dziwo, nie dość, że mam ją na mapie, to faktycznie pozwoli się nam zbliżyć do Ankary. Skróty proponowane przez Maksa często pomimo, że były fajne, to powodowały, że droga do celu była zdecydowanie dłuższa. &#8211; Dobra, dawaj- mówię i zjeżdżamy z asfaltu. Po 20 km jesteśmy zachwyceni. Widoki niesamowite, pogoda piękna, a żwir sypie się z pod kół. Minęliśmy parę wiosek, w których zaciekawione twarze wystawały z okien chat. Zaczynamy poważnie się zastanawiać, czy nie dać znać ludziom w Ankarze, że dzień się spóźnimy, bo porwały nas bezdroża. Dojeżdżamy do miejsca w którym nasza polna droga spotyka się znowu z asfaltem. A tu niespodzianka. Już na nas czekają. Radiowóz podjeżdża i zatrzymuje się tuż przed nami. Macham do nich przyjaźnie. Przyjazne machanie to coś co warto opanować w trakcie podróży. Różni się od nieprzyjaznego (które samo się opanowuje) stroną dłoni i ilością palców. Wysiada dwóch policjantów. Nie wyglądają zdecydowanie na przekonanych moim przyjaznym machaniem. &#8211; Dokumenty! &#8211; Oczywiście- wyciągam ochoczo papiery, ale mój szczery uśmiech powoli spełza z twarzy. Będzie kaplica. Maksa skrót skończy się dla nas skrótem prowadzącym przez areszt Tureckiej policji. To raczej nie przyspieszy podróży. Przeglądają papiery ale widać, że nie mogą się do niczego przyczepić. Po wymienieniu paru monosylab orientuję się, że całkiem nieźle gadają po angielsku. Jeden zaczyna nas wypytywać przerzucając kartki paszportów. &#8211; Z Polski przyjechaliście? Nawet na nas nie patrzy, tylko coraz szybciej kartkuje dokumenty z zawzięciem typowym dla człowieka, który wie, że coś znajdzie wymalowanym na twarzy. &#8211; Tak &#8211; Dokąd jedziecie? &#8211; Jesteśmy na początku wyprawy dookoła świata. &#8211; To gdzie jedziecie dalej? Wymieniam kraje, które mamy w planach jako następne. &#8211; Dostaliśmy wezwanie, że jacyś obcokrajowcy kręcą się po okolicy. Ktoś na nas doniósł? Poważnie? &#8211; Nie powinniście tak jeździć poza główną drogą. Może to być niebezpieczne. Składa paszporty i nam je oddaje. &#8211; No, proszę się trzymać głównych dróg. Nie zjeżdżać, i jedźcie bezpiecznie dalej. Powodzenia życzę i uważajcie w Iranie- to bardzo niebezpieczny kraj. Zebrali się, wsiedli do radiowozu i odjechali w ciągu 30 sekund. Opanowuje się i podnoszę opadniętą szczękę z ziemi. &#8211; Myślałem, że nas zamkną- mówię do Maksa. Jak zwykle, mamy więcej szczęścia niż rozumu. &#8211; No, tak to wyglądało. Dobra, to co, prosto do Ankary?- pyta. Jestem pod wrażeniem, bo  Maks wygląda jakby wizja spędzenia paru godzin czy dni w areszcie z przemiłymi Tureckimi kolegami w ogóle go nie wzruszyła. &#8211; Tak, będziemy mieli jeszcze czas na off road. Zbieramy się i docieramy do Ankary już po zmroku. Dzwonimy do Gözde- dziewczyny, która będzie nas gościła. W domu u Gözde zostajemy powitanie niesamowicie ciepło. Jej mama zrobiła nam kolacje, więc siedzimy przy jedzeniu do późnych godzin nocnych i rozmawiamy. Nasza gospodyni wymienia z Maksem plotki i ploteczki na temat ludzi z Erazmusa. My opowiadamy o naszej wyprawie, a ona opowiada o planach przeprowadzki do Hiszpanii. Umawiamy się, że jak będziemy wracać z podróży to zahaczymy o jej mieszkanie w Hiszpanii. Zmęczeni po całym dniu przewracamy się do łóżka i zasypiamy jeszcze w locie. Rano zostajemy obudzeni przez Gözde. Zbieramy się wszyscy i wpadamy do kuchni, żeby przygotować śniadanie. &#8211; To co chcecie zobaczyć w Ankarze?- pyta nas Gözde. &#8211; A co Ankara ma fajnego do zobaczenia?- odpowiadam pytaniem na pytanie. Często, a w zasadzie prawie zawsze staraliśmy się tak robić. Zamiast sprawdzać w przewodnikach i czytać na forach, pytaliśmy o zdanie tambylców. Pozwalało to na zobaczenie bardzo wielu rzeczy, na które nigdy byśmy nie wpadli gdybyśmy opierali się na przewodnikach. &#8211; Mauzoleum musicie zobaczyć, no i twierdzę, można by pójść zjeść do takiego jednego fajnego miejsca potem… Tak! Zwykle JednoFajneMiejsce to brudna, obszarpana buda składająca się z jednego paleniska i wiekowej staruszki, która pichci najbardziej niesowite jedzenie na świecie i na które przepis został jej przekazany z pokolenia na pokolenie. Oj, każdy zna to JednoFajneMiejsce. Każdy tam chodzi, żeby zjeść to JednoFajneCoś co tam podają. Jeżeli kiedykolwiek ktoś Wam powie, że pokaże Wam jedno fajne miejsce to się nawet chwili nie wahajcie. Nasza gospodyni widzi, że obaj się uśmiechamy. &#8211; Co? &#8211; Nic, pójdziemy gdzie zaproponujesz, a cieszymy się na jedzenie- stwierdza Maks. Po śniadaniu ruszamy na podbój mauzoleum Atatürka. Oczywiście kojarzyłem, że był to człowiek bardzo w Turcji szanowany, ważna osoba w historii narodu Tureckiego. Jednak po wizycie w mauzoleum można odnieść wrażenie, że Atatürk jest traktowany obecnie bardziej jako symbol i kojarzy się z greckimi półbogami niż z rzeczywistą postacią z kart historii. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wniósł on bardzo dużo do tego jakim krajem jest Turcja obecnie. Zrewolucjonizował wszystko, począwszy od języka, poprzez kalendarz, a skończywszy na prawach kobiet. Po odwiedzeniu mauzoleum lądujemy na shishy w barze, gdzie docierają pozostali znajomi Maksa. Spędzamy w Ankarze w sumie trzy dni, włócząc się po ulicach, zwiedzając to co stolica ma do zwiedzenia, oraz wieczorami imprezując w barach i pubach. Odnośnie tego ostatniego. W każdym państwie imprezuje się inaczej, są inne zasady, inne podejście do pewnych spraw. Przykład? Religia w Turcji teoretycznie nie pozwala pić niczego co zawiera procenty. Mówię teoretycznie, bo nauczyliśmy się podczas tej wyprawy, że w każdym państwie w którym coś jest zabronione, lub niewskazane, cieszy się to oczywiście dużo większym pożądaniem. Owoc zakazany. I pomimo, że w Turcji nie ma zakazu picia alkoholu, to uważa się to za coś czym nie powinno się zdecydowanie chwalić. Różnie to wygląda w różnych miejscach. W Ankarze można było pójść do pubu i zamówić piwo. Jednak kiedy już dojeżdżaliśmy do Iranu i próbowaliśmy zrobić to samo, cała sytuacja wyglądała inaczej. Gdy sprzedawca dowiedział się co chcemy kupić, to najpierw rozejrzał się czy nikt nie patrzy, potem kiwnął głową, że ma to co chcemy, a na końcu zapakował nam wszystko w trzy arkusze czarnego papieru i nie prześwitującą reklamówkę. Czułem się jakbyśmy kupowali co najmniej kontener kokainy. Następną z takich rzeczy która nas zdziwiła było to, że wszyscy, absolutnie i totalnie wszyscy w pubach i klubach byli ubrani na czarno lub szaro. I jakbyśmy się już mało wyróżniali z tłumu, to w naszych niebieskich ciuchach świeciliśmy w tłumie niczym chromy w Harleyu. Po wyjściu z pubu, ruszamy w stronę obiecanej budy z jedzeniem. Po drodze mijamy na drzewie żółtą, metalową puszeczkę. Robię zdjęcie. &#8211; To w przypadku gdy już albo nie masz siły zadzwonić, albo ktoś ci ukradł telefon- mówi jeden z kolegów Maksa- wołacz taksówek. Wołacz taksówek! Genialne! Dochodzimy do „restauracji” rozprawiając z Maksem o tym czy wołacz pizzy by się sprawdził w Polsce. I dlaczego jakby już się sprawdził, to Maks taki musi mieć u siebie w domu. &#8211; Dobra, więc tak: możecie wziąć coś normalnego- tu nasza gospodyni wymienia różne rodzaje podejścia do tematu kebaba- lub to na co tu przyszliśmy czyli Kokoreç. &#8211; Co to jest? – pytam podejrzliwie, bo nasi Tureccy znajomi się zaczynają dyskutować czy powinniśmy jeść Kokoreç czy nie. &#8211; Hm. Albo polubisz, albo znienawidzisz- mówi jeden z nich. &#8211; Dobra, powiesz nam co to jest,jak już zjemy. – decyduje Maks i bierzemy dwie sztuki. Starsza Pani (serio! 2 w nocy, a ona na wózku na blasze, która mogła być zerwana z dachu jakiegoś baraku smaży mięso!) szybko przygotowała dwie bułki wypełnione mięsną wkładką. Zaglądam do mięsa. &#8211; Nie ma zaglądania- mówi Maks- mieliśmy próbować wszystkiego. Dobra, raz kozie śmierć, czy czemukolwiek co posłużyło za wypełnienie mojej bulki. Zaczynam jeść i faktycznie smak jest dość niecodzienny, jednak Kokoreç bardzo nam przypada do gustu. Kończymy. &#8211; No dobra, co to było?- pytam. &#8211; Smażone jelita kozy- oznajmia Gözde patrząc na naszą reakcję. &#8211; O! W Polsce robimy z tego zupę- cieszy się Maks. &#8211; Wy naprawdę jesteście totalnie nienormalni! Polacy!- prycha jeden z kolegów Maksa.- wybieramy najdziwniejsze co można u nas dostać, a Wy mówicie, że robicie z tego zupę. Parskam ze śmiechu i po chwili wszyscy już rżymy na całą ulicę. *** Nie byliśmy z tych ckliwych osób. Niezbyt potrafiliśmy docenić liścia unoszącego się na popołudniowym wietrze. Rzadko zatrzymywaliśmy się by docenić piękno zachodzącego słońca. W zasadzie się nie zdarzało, żebyśmy zwiedzali muzea i poświęcali chociażby 15 minut, żeby się zatrzymać i popatrzeć na jakieś dzieło. Jednak potrafiliśmy docenić równą drogę, motocykl pod nami, ludzi których poznawaliśmy i to że mamy szansę jechać aż za horyzont. Zdarzały się nam również magiczne chwile. Takie, które pozostają w pamięci na zawsze. Takie momenty, które zmieniają człowieka, lub przynajmniej powodują, że przez chwilę nie myśli o niczym innym. Są one bardzo rzadkie, ale jak się zdarzają, masz wrażenie, że świat podchodzi do Ciebie, trzepie Cię w głowę i woła: „Patrz! Jakie to wszystko jest niesamowite!”. I pierwszy taki moment przydarzył nam się właśnie w Ankarze. Weszliśmy na górę na której stoją ruiny zamku. Najpierw przez godzinę szliśmy przez jedną z najstarszych części miasta, a gdy dotarliśmy na sam szczyt słońce właśnie zachodziło. Nie było nikogo. I w tej ciszy patrzyliśmy na całe miasto, gdy nagle jeden z minaretów odezwał się wzywając do modlitwy. Po chwili dołączyły do niego następne w całym mieście. Staliśmy urzeczeni i nie odzywaliśmy się, aż do chwili gdy nad miastem zapadła totalna cisza. Niestety za pierwszym razem nie wzięliśmy kamery, postanowiliśmy, że następnego dnia przed wyjazdem naprawimy nasz błąd. Jednak nie udało nam się już odtworzyć tej magii. Zdaje się, że do tych magicznych momentów, trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/">MXT 2012 Odc 09: O Kokoreçu i polowaniu na magiczne momenty w mieście zwanym Ankara</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">433</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 08: O Tureckiej herbacie, tradycji i najeżdżaniu na stopę.</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:00:44 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=431</guid>

					<description><![CDATA[<p>O Tureckiej herbacie opowiadam dość często, jako, że jest to jedna z niewielu herbat które MUSIAŁEM pić. Ale zacznijmy od początku: Wstajemy następnego dnia dość późno, a naszego gospodarza już nie ma. Na stole leży karteczka: „Czujcie się jak u siebie w domu” Ruszamy więc raźno do kuchni- pogrzebać naszemu gospodarzowi w szafkach w poszukiwaniu pożywienia. Zaczynamy robić śniadanie. Jedzenie śniadań to coś, co przytrafiało się nam naprawdę rzadko, zwykle albo nie wstawaliśmy o tej porze, żeby posiłek który jedliśmy nazywać śniadaniem, lub wywiązywał się następujący dialog: &#8211; Jemy czy śpimy jeszcze pół godziny? &#8211; Yhm Aha, czyli śpimy. Jednak tym razem postanowiliśmy coś zjeść zanim ruszymy na całodniowe wałęsanie się po ulicach Stambułu. Siedzimy w tyciej kuchni, gdy nagle z jednego pokoju wychodzi rozczochrany turek i staje jak wmurowany na nasz widok. &#8211; eee… cześć?- raczej pyta niż oznajmia Maks. Okazuje się, że Mehmed zapomniał powiedzieć nam, że mieszka ze sublokatorem, a właściwie dwoma. Chłopaki są policjantami i pracują na nocną zmianę, i wrócili tak zmęczeni, że nie zauważyli naszych rzeczy w przedpokoju, a Mehmed w sumie ich nie uprzedził, że będziemy u niego nocować. Jak się nad tym zastanowić, to chyba powinniśmy być zadowoleni, że nie zostaliśmy postrzeleni przez zaskoczonego i zaspanego policjanta. Zapraszamy współlokatorów do ich kuchni i próbujemy się z nimi dogadać. Angielskiego nie mają opanowanego, ale Maks twierdzi, że zna parę tureckich słów. Szybko okazuje się, że większość to przekleństwa więc wracamy do międzynarodowego esperanto dla głuchoniemych (taka bardziej sportowa wersja kalamburów z możliwością używania wyrazów dźwiękonaśladowczych). Po ciekawym posiłku i paru obowiązkowych szklankach herbaty, poinstruowani rysunkami od nowych kolegów ruszamy na zwiedzanie miasta. Wróć. Herbata! To jest coś co muszę opisać. Jak myślicie, który naród pije najwięcej herbaty na świecie na osobę? Brytyjczycy? A właśnie, że nie! Największym konsumentem jest Turcja! Pije się tu çayı do wszystkiego, na zimno, na gorąco, od rana do wieczora. Çayı jest dobre na posiedzenie ze znajomymi, przerwę w pracy czy picie przed kolacją. Herbata jest dobra nawet na kaca, o czym większość Turków powie Wam przyciszonym głosem, bo pić alkoholu się przecież nie powinno. Jest też dostępna we wszystkich możliwych smakach jakie przyjdą Wam do głowy. I jest tylko jeden szkopuł: NIE ZNOSZĘ herbaty. Tak, muszę się przyznać- darzę herbatę wyjątkowym uczuciem i jest ono zdecydowanie chłodne. Jednak uwierzcie mi, że gdy na całkowitym pustkowiu zatrzymuje Was wojskowa ciężarówka to nagle się okazuje, że wypicie z nimi herbaty jest najlepszym co można zrobić. To tak jak bruderszaft w Rosji. Pomaga budować mosty. Więc trzeba się było przemóc i degustować co dają. Ruszamy na ulice Stambułu. Miasto od razu robi na mnie niesamowite wrażenie. Byłem w wielu miastach Europy, ale to jest zupełnie inne. Chodząc po ulicach, można od razu powiedzieć, że jest się jedną nogą w Azji, a drugą w Europie. Dość powiedzieć, że we wszystkim, od bilboardów, po architekturę zabytków można dostrzec wpływy tak ze wschodu jak i zachodu. Jest też OLBRZYMIE. I duże litery są tu całkowicie na miejscu. Później widzieliśmy wiele miast większych i bardziej zatłoczonych. Jednak jeśli jesteś przyzwyczajony do Europejskich stolic pierwsze spotkanie ze Stambułem może zszokować. Dość powiedzieć, że Stambuł jest powierzchniowo większy np. od Paryża ok. 15 razy. Daje to pewny obraz jak duże i zatłoczone jest to miasto. Mieliśmy tam także pierwsze problemy, jeśli chodzi o poruszanie się po drogach motocyklami. Po pierwsze: jest bardzo gęsto i nawet nam, zaprawionym w bojach w różnych europejskich miastach, trudno było przemieszczać się. Po drugie: tureccy kierowcy to pierwsi, którzy zaprzestali używać kierunkowskazów i jakichkolwiek świateł, a polegają na przyjaznym, bądź nieprzyjaznym trąbieniu. Po trzecie: byliśmy traktowani na drodze jak trochę większy rower. W tym pierwszym dniu przedstawiciel tureckich kierowców postanowił przywitać nas w największym mieście jego kraju w dość osobliwy sposób: najeżdżając mi na stopę. Nie wiem, czy to zwyczaj jakiś, ale odpowiedziałem mu grzecznie międzynarodowym znakiem pokoju. Oprócz tego incydentu było naprawdę miło i spędziliśmy dobre 11 godzin, zwiedzając, oglądając, robiąc zdjęcia i ogólnie chłonąc klimat miasta. Nie wiem czy jest sens rozpisywać się nad zabytkami. Znajdziecie to w każdym przewodniku. Napisze tylko, że mieliśmy okazję zobaczyć m.in Hagę Sofię, Błękitny Meczet i Wielki Bazar. Polecam wszystkie trzy, a w szczególności to ostatnie. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do bazarów. No, ale o tym później… Spędzamy w Stambule trzy dni. W międzyczasie po raz pierwszy myjemy motocykle w małej ręcznej myjni pod domem naszego gospodarza. Dogadujemy się z chłopakami, którzy tam pracują bardzo szybko i za połowę ceny dostajemy mycie magicznym tureckim środkiem, który ma spowodować, że: „motocykle będą lśniły, a dziewczyny będą się za nami oglądały”. Nie udało nam się dowiedzieć, czy motocykle też będą szybsze i czy będą mniej spalać. Chłopaki nie chcą nic obiecywać. Dostajemy też w zestawie z myciem… herbatę, co jest swoistym standardem w Turcji. Idziesz do fryzjera? Herbata! Tankujesz benzynę? Herbata! Co byś nie robił, w cenę wliczony jest ten złocisty (prawie) napój. Wieczorem po raz pierwszy siadamy z naszym gospodarzem do dłuższej rozmowy. Pytamy o życie w Turcji, zwyczaje, o rady: czego mamy się wystrzegać? Czego nie mówić, bądź nie robić? Okazuje się, że Turcja to bardzo skomplikowany kraj. Z jednej strony muzułmański, ale z drugiej bardzo ciągnący do Europy i zwyczajów „zachodnich”. Na koniec nasz gospodarz pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny. &#8211; To moja przyszła narzeczona- oznajmia z dumą. &#8211; Przyszła? To jakie plany?- pyta się Maks z uśmiechem. Okazuje się, że to także nie jest najprostsze. Mehmed pracuje teraz po dwanaście godzin dziennie i oszczędza, żeby uzbierać na prezenty dla narzeczonej. Opowiada nam o zwyczaju, który panuje u Niej, a także w wielu innych „tradycyjnych” rodzinach. Otóż, gdy chłopak chce się starać o rękę dziewczyny najpierw musi zjednać sobie przychylność całej familii. Jak? Może raz na jakiś czas przychodzić do domu rodzinnego dziewczyny i obdarowywać ją, a także jej najbliższych. I właśnie na te prezenty nasz gospodarz zbiera pieniądze. Potem, gdy zostanie „przyjęty”, może zacząć zbierać na wyprawienie zaręczyn, które odbywają się w jego i jej rodzinnym domu. A potem już z górki. Ślub i mogą przestać ukrywać, że się widują. &#8211; Co? – pytam.- To wy ze sobą się spotykacie, ale się ukrywacie? &#8211; No. Nie możemy się przyznać, że się widujemy. Przecież nie zostałem jeszcze oceniony przez jej rodziców jako dobry kandydat na męża. – odpowiada jakby to była najjaśniejsza rzecz pod słońcem.- często się widujemy: raz, czasem dwa w miesiącu- dorzuca. &#8211; I wszyscy tak robią?- pytam. &#8211; No, większość, która jest w takiej sytuacji. &#8211; Ale nie sądzisz, że skoro to i tak taka ściema to może warto by to zmienić?- pytam, jednocześnie naiwnie i przewrotnie. &#8211; To tradycja- odpowiada. Z tym nie mogę dyskutować. Tradycja czasem jest piękna i można ją podziwiać w strojach, języku, ozdobach, czy niesamowitych rytuałach. Czasem jest kajdankami, które nie pozwalają ludziom myśleć w inny sposób niż ten jeden, odgórnie narzucony i akceptowalny. Czasem spaja społeczeństwo kraju, a czasem powoduje, że ludzie są w ciągłym sporze. Trudno ocenić jej wpływ i wydaje mi się, że nie powinienem tego robić. Muszę jednak napisać, że w momencie wyruszania na tą wyprawę wydawało mi się, że wszyscy na całym świecie myślimy bardzo podobnie. Oczywiście nie byłem, aż tak naiwny, żeby myśleć, że nie ma różnic. Jednak założyłem, że logika myślenia będzie podobna. Że może ścieżka dochodzenia do rozwiązania problemu będzie inna, ale efekt ten sam. Olbrzymi błąd. Pokaż jedną rzecz w Europie, Azji czy Ameryce Południowej i będziesz miał trzy zupełnie inne spostrzeżenia. Pierwszy raz uderzyło mnie to i zafascynowało właśnie tego wieczoru w Stambule. To jedna z rzeczy, które są tak niesamowite w podróżach. Pisałem już, że poznaje się nowych ludzi. Ale nikt jakoś nie myśli o tym (a przynajmniej ja o tym nie myślałem), że im więcej ludzi, którzy różnią się od Ciebie spotykasz, tym więcej poznajesz kątów patrzenia na świat. Podróże kształcą. W to wątpić nie można. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/">MXT 2012 Odc 08: O Tureckiej herbacie, tradycji i najeżdżaniu na stopę.</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">431</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:56:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=429</guid>

					<description><![CDATA[<p>Poranek wita nas idealną pogodą, jest ciepło, ale jeszcze nie na tyle gorąco, żeby nasze ubrania przykleiły się do ciał, a opony do asfaltu. Spanie w namiocie ma tą zaletę, że namiot szybko się nagrzewa, gdy wychodzi poranne słońce. Nagrzany namiot jest bardzo ciężki do wytrzymania, szczególnie, gdy zawiera dwóch facetów, więc już o 9 byliśmy na nogach. Maks zarządził trening motocyklowy na piasku, więc zebraliśmy rzeczy, wrzuciliśmy do namiotu i stargaliśmy motocykle na plaże. &#8211; Dobra, zaczynasz tak- Maks pokazuje mi jak trzymać nogi, jak dodawać gazu i utrzymać się na motocyklu który uparcie cały czas szedł bokiem. Wreszcie opanowałem teorię na tyle, żebyśmy przejechali się w tą i z powrotem po pustej plaży i muszę przyznać, że zabawa była przednia. Pierwszą glebę zaliczył mój nauczyciel. Stawiam swój motocykl, podbiegam. &#8211; Nic Ci nie jest? &#8211; Nie, najadłem się tylko trochę piasku.- mówi, spluwając na plażę. Okazuje się, że podczas krótkiego lotu nie udało mu się przygotować telemarku i wpadł twarzą prosto w najbardziej sypki, suchy piasek. Ma go dosłownie wszędzie. &#8211; No to śniadanie masz już za sobą. Zaczynam się śmiać, ale pomagam mu podnieść motocykl, który niestety zakopuje się w miejscu lądowania. Maks nie może wyjechać, więc wybieram „najmądrzejszą” opcję, staje za motocyklem i trzymając za stelaże próbuję go wypchnąć z piachu. Nie wiem, czy to gorąco, czy morska bryza, czy coś innego spowodowało, że w tym momencie postanowiłem porzucić zwyczaj korzystania z szarych komórek, no ale stało się. Maks ruszył, a ja dostałem fontanną piasku z pod kół prosto w twarz. &#8211; %^&#38;*(&#38;! Nienawidzę off roadu! W ten sposób stajemy przed dylematem: wykąpać się w morzu i być całym w soli, czy nie wykąpać się i być całym w piasku? Dochodzimy do wniosku, że sól może jest mniej szkodliwa i pakujemy się do morza. Następnie wrzucamy rzeczy na motocykle i dojeżdżamy do granicy grecko- tureckiej. Okazuje się, że prosto nie jest. Celnicy co prawda nie sprawdzają zbyt dokładnie dokumentów, ale stanowisk do sprawdzania jest pięć, a każdy celnik musi sobie trochę pogadać. &#8211; Wej arr jou going? &#8211; Istambul &#8211; Waj? No jak to „waj”? Jako, że wyrabiałem przed wyjazdem nowy paszport i miałem długą brodę i włosy do zdjęcia, wyglądam w nim jak Syryjski bojownik o wolność. W każdym razie trochę trotylu, turban i byłbym nie do rozpoznania. Turcy więc biorą mnie prawie za swego wracającego z obczyzny. Inna sprawa z Maksem, Maks wydaje im się podejrzany. Nie pasuje im, że jakiś gość w blond dreadach o głowę od nich wyższy chce wjechać na motocyklu do Turcji. Chyba ponownie kłania się teoria szpiega obcego mocarstwa. Swoją drogą to ciekawe, bo powiem Wam, że wzrost, kolor i rodzaj uczesania Maksa wielokrotnie pozwoliły mi znaleźć go w tłumie na ulicach Ankary, Delhi czy Bangkoku. Nie było więc mowy o wtopieniu się w tłum. Niezależnie jak długo mój towarzysz podróż się opalał. Jednak z jakiegoś powodu służby celne zawsze uważały, że jak ktoś się tak od nich rożni to na pewno szmugluje głowice nuklearne na motocyklu. &#8211; Turism- odpowiada Maks uśmiechając się od ucha do ucha. &#8211; mhm- spojrzenie na paszport, na Maksa i jeszcze raz na paszport. Tak, żebyśmy wiedzieli, że służby Tureckie mają nas, czy raczej jego, na oku- ok, go! I tak na pięciu bramkach. Na każdej kolejnej wbijanie wizy, wizy dla motocykli, sprawdzanie czy mamy wizę, czy mamy motocykle, czy to te motocykle co w paszporcie, a nuż podmieniliśmy między bramkami i tak w kółko. Ale wszystko to robione mało dokładnie i trochę tak na pokaz, żebyśmy byli świadomi, że Państwo Tureckie czuwa. Wjechaliśmy! Zaraz za granicą dostrzegamy stację benzynową. Mamy pełne baki, bo Grecy ostrzegli nas, że w Turcji paliwo jest drogie, ale gdy widzimy ceny to aż nas mrozi- 40% drożej niż w Polsce.No cóż, motocykle będą musiały przestać palić, nie ma innej rady. Jedziemy wybrzeżem, a zachodzące słońce świeci nam w plecy. W Istambule mamy aż dwóch hostów, obaj to koledzy Maksa z Erazmusa w Portugalii. Pomimo, że zbliżamy się do miasta to jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie będziemy spać. W pewnym momencie dzwoni nasz wyprawowy telefon. &#8211; Maks, muszę zostać w pracy dłużej, będę dopiero koło północy w domu- jeden z kolegów ułatwił nam wybór. &#8211; Dobra, dzwoń do tego drugiego, że przyjeżdżamy- stwierdzam. Maks dzwoni i wdaje się w dość długą dyskusję. &#8211; Ok, powiedział, że nie może nas przenocować, ale siostra jego kuzyna ma syna, który zna gościa, który nas przenocuje i do tego po nas przyjedzie. Chwilę się zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że nie warto pamiętać koligacji naszego gospodarza i jak będzie chciał to sam nam przedstawi swoje drzewo genealogiczne. Ważne, że mamy nocleg. &#8211; Dobra, daj, zadzwonię do niego- przejmuję telefon. Facet, który odbiera ma problem ze złożeniem zdania po angielsku i cały czas powtarza „yes”. &#8211; To gdzie się spotykamy? &#8211; yes, yes &#8211; centrum? &#8211; yes, yes Ok. Nic się nie dowiem. Żegnam się z nim czule, obiecując, że jeszcze zadzwonimy, ale jestem pewny, że nic nie zrozumiał. &#8211; Maks, nie damy rady z tym gościem się dogadać- wyrażam swoją wątpliwość. &#8211; Chociaż spróbujmy, może jest spoko? Może przez telefon tylko tak słabo się z nim dogaduje? Uwielbiam Maksa za jego bezgraniczną wiarę w ludzi i niepohamowany optymizm. Wysyłamy mu sms-a: „Napisz gdzie mamy przyjechać”. Dostajemy zwrotnie jakąś nazwę. Dojeżdżamy do Istambułu i zaczepiamy ludzi pokazując im nazwę na telefonie. Większość nie wie o co nam chodzi, część pokazuje kompletnie rozbieżne kierunki, wreszcie trafiamy na nauczyciela angielskiego. &#8211; To jest centrum handlowe- oświadcza. Wreszcie! Coś mamy! No to teraz gdzie ono jest?- tylko wiecie, u nas są dwa takie w dwóch częściach miasta, do którego potrzebujecie?- gasi nasz entuzjazm. Dzwonię do naszego przyszłego gospodarza. &#8211; Yes, yes?- dobra, jestem o krok, od zabicie gościa przez słuchawkę. Podaję telefon nauczycielowi. Zaczyna się żywiołowa dyskusja i już po chwili wiemy gdzie mamy jechać, nauczyciel pokazuje nam na telefonie adres, wrzucamy w nawigację i trafiamy do centrum handlowego. Poznajemy naszego przyszłego gospodarza. Niestety nie zrozumiał od kolegi,  kuzyna, siostry… no od znajomego Maksa, że jedziemy na motocyklach i że nie mamy dla niego nie dość że miejsca, to kasku. Jest bardzo zawiedziony. Okazuje się także, że ma miejsce do spania, ale nie do końca. Nie jest w stanie wyjaśnić co „nie do końca” znaczy. Zaczynam mieć poważne wątpliwości. Próbujemy dowiedzieć się gdzie mamy jechać, ale niestety nasz gospodarz nie jest w stanie zlokalizować na mapie Istambułu gdzie mieszka. Wpada na genialny pomysł: &#8211; Ja wsiądę do autobusu, wy za autobusem. Jako pokładowy nerwus naszego teamu mam ochotę powiedzieć mu, żeby biegł przed motocyklem, ale Maks patrzy na mnie, i dobrze rozumiejąc, że zaraz wybuchnę mówi: &#8211; Dajmy mu szanse, facet nas nie zna i chce nas przenocować. Jak coś to jutro się do Mehmeda przeniesiemy, a już jest 22:00 teraz coś szukać to będzie masakra. Ma racje. Nienawidzę jak ktoś ma rację, szczególnie taką, która mi nie pasuje. &#8211; Dobra niech wsiada do autobusu. Podjeżdżamy do najbliższego przystanku i czekamy z motocyklami na autobus wzbudzając nie małą sensację wśród pasażerów. Wreszcie podjeżdża autobus i nasz gospodarz wsiada. Jedziemy za autobusem z 10 minut po czym zjeżdża on na pas autobusowy, a potem na zajezdnię, przed którą zatrzymuje nas policjant. &#8211; No, no, no- macha ręką, że nie możemy dalej jechać za autobusem. Dochodzę do wniosku, że 66% Turków, z którymi rozmawiałem od wjazdu do Istambułu porozumiewa się monosylabami. Patrzymy jak nasz niedoszły gospodarz odjeżdża w siną dal. Maks podnosi szybę w kasku. &#8211; Zadzwonię do Mehmeta, że nie przeszkadza nam, że wraca o północy, jeśli nas przyjmie.- proponuje. &#8211; Dobra. Odpalamy motocykle i odjeżdżamy z powrotem na parking centrum handlowego. Nie zauważyliśmy nawet, że zostawiamy za plecami ciągle machającego za nami policjanta w rytm jego „no, no, no”- chyba chciał mieć pewność, ze zrozumieliśmy przekaz. Do Mehmeta docieramy szybko. Mieszka dość daleko od centrum. Wszystko zamknięte, pustki na ulicach, ciemno i cicho. Po jakimś czasie zauważamy ostatni otwarty sklep, podjeżdżamy i pokazujemy adres. Pani za kasą, gdy tylko nas zauważa obdarza nas szczerym, lecz nieco wybrakowanym uśmiechem. Pokazujemy jej adres, a ona wychodzi zza kasy i pokazuje nam palcem gdzie mamy jechać. Machamy chwilę rękami wraz z nią, ustalając kolejne kierunki. Dziękujemy jej pięknie i już wsiadamy na motocykle, gdy pani znowu wybiega ze sklepu i wręcza nam po bułce z mięsem. Jeszcze raz dziękujemy i ruszamy do mieszkania Mehmeta. Ale miło! Jest pierwsza w nocy, gdy Mehmet otwiera nam drzwi. &#8211; Myślałem, że już nigdy nie dotrzecie.- wita się serdecznie z Maksem. &#8211; My też- przyznaję. Jesteśmy zmęczeni, brudni, i nadal czujemy na sobie sól i piasek z rana. Zasypiamy w ciągu 15 minut. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/">MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">429</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 06: O kryzysie w Grecji, wolnym internecie i tym czy należy mieć PLAN?</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:24:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=426</guid>

					<description><![CDATA[<p>Następnego dnia rano, po porannym obchodzie internetu, okazuje się, że dostaliśmy zaproszenie z Couchsurfingu. Zaproszenie jest od Kostasa, czyli hosta, który proponował nam już nocleg przed naszym wyjazdem z Salonik. Swoją drogą prędkość internetu poza Europą jest rzeczą, która wystawia człowieka wielokrotnie na próbę cierpliwości. Akurat w Grecji mieliśmy tą wątpliwą przyjemność zakosztowania tego, zanim jeszcze opuściliśmy Europę. Serio, w sytuacji, w której 5 minut wczytuje się pasek od wczytywania poczty, który potem przez pół godziny przesuwa się, by na końcu z rozmachem, magicznie i zjawiskowo się wykrzaczyć, zaczynasz poznawać drugiego siebie. Ostatnio gdzieś w zakamarkach sieci przeczytałem zdanie: „daj człowiekowi najwolniejszy internet na świecie a przekonasz się kim jest”. Ja stawałem się zwitkiem złości i frustracji z przewagą obu tych rzeczy. Wyobraźcie sobie przesyłanie filmu w takich warunkach. Nie mówiąc już o rozmowach przez Skype. Przez 3 miesiące naprawdę byliśmy w stanie uwierzyć, ze nasze dziewczyny zamieniły się w cztery piksele każda. Ciekawostka ze świata: po 24 godzinach przesyłania filmu Youtube resetuje wysyłanie. W związku z tym nasz film z Pakistanu, zanim trafił do Was, był wysyłany 21 razy. W Grecji połączenie z siecią miało adekwatną prędkość do grzyba, który wspinał się po naszych ścianach. Maks czyta zaproszenie, a ja pomstuję na trzeci raz odświeżaną stronę poczty. &#8211; Jedźmy do niego, chociaż na jeden nocleg. Kogoś przynajmniej poznamy- namawia Maks. Racja, było by super, ale już i tak mamy w plecy trzy tygodnie do tego parę dni w Macedonii i Albanii. Chciałem się trzymać planu. A właśnie- plan. Czy też bardziej PLAN. Jako osoba poukładana organizacyjnie, za każdym razem, gdy współuczestniczyłem w organizacji wyprawy musiał powstać PLAN. Z perspektywy czasu- jeśli wpadniecie kiedyś na taki pomysł jak mój, róbcie co następuje: Znajdźcie najładniejszy mur w okolicy Weźcie spory rozbieg Wybijcie sobie plan z głowy Możecie podróżować dalej Jasne, powinno się mieć ogólny zarys tego co chcecie zrobić i co zobaczyć. Kompletnie w ciemno nie można jechać, ale dzięki Maksowi szybko przekonałem się, że trzymanie się kurczowo planu w 90% przypadków zabija frajdę z podróżowania. Gonienie za harmonogramem, to nie jest to co definiuje dobrą podróż. To nie jest też to co tygryski lubią najbardziej. Po za tym gdy się goni za harmonogramem najczęściej Przygody przechodzą bokiem, a każdy dzień, tydzień, czy miesiąc opóźnienia (zależy od wielkości podróży) powoduje coraz większą frustrację i zabiera przyjemność z jeżdżenia. &#8211; Dobra, walić plan, poznajmy kogoś- odpowiadam, a Maks zaczyna pisać do Kostasa. Wielokrotnie ludzie pytali: jak to się stało, że się nie pozagryzaliśmy w trakcie tripu? Że tak zupełnie odmienni ludzie nie rozjadą się każdy w swoją stronę? Po pierwsze, oczywiście bardzo dobrze się znaliśmy i chyba ta różnica w charakterach u nas się uzupełniała. Po drugie mieliśmy na sytuacje sporne pewien system. Większość decyzji było podejmowane przeze mnie, za każdym razem po wcześniejszej konsultacji, jednak jeśli widziałem, że Maksowi na czymś bardzo zależy- odpuszczałem. W większości wypadków Maks miał do tego rewelacyjnego nosa i trafialiśmy do miejsc i ludzi, którzy zapisali się nam w pamięci, chociaż nie mieliśmy ich na naszej mapie podróży wcześniej. Czasem docieraliśmy do impasu, gdzie albo żaden z nas nie chciał odpuścić, albo żaden nie chciał podjąć decyzji. Wtedy zdawaliśmy się na los. Wybieraliśmy dwie najlepsze naszym zdaniem opcje i rzucaliśmy monetą. Polecam- oszczędza dużo czasu i wprowadza przyjemny element losowy. System ten mieliśmy opracowany już od naszej pierwszej podróży i w przypadku decyzji o zostaniu jeszcze dnia, czy dwóch w Salonikach tez się sprawdził. Pakujemy się, żegnamy czule ze Stefanem i nie mniej czule z właścicielem hostelu, życząc mu nieprzyzwoitego sukcesu w branży hotelarskiej i wyjeżdżamy do naszego nowego gospodarza. Kostas mieszka po drugiej stronie Salonik, ale dzięki nawigacji docieramy tam bardzo szybko. Można by było sądzić, że jeśli ktoś gości w swoim domu te szesnaście osób to będzie miał lokum co najmniej duże, jeśli nie gigantyczne. Nic bardziej mylnego. Nasz nowy host okazuje się mistrzem w upakowywaniu gości na metr kwadratowy. Kostas ma dwadzieścia parę lat, zaczął studia z filozofii na uniwersytecie w salonikach, ale najwyraźniej gdy ktoś mu przedstawił filozofię hedonistyczną i uznał że to nie jest to co chciałby robić, więc je rzucił. Zdążył jednak załatwić sobie mieszkanie współfinansowane przez Unię Europejską i Uniwersytet, więc nie musi płacić za czynsz, tylko za rachunki. Jako, że nie bardzo widzi siebie w jakiejkolwiek pracy, a po za tym w Grecji jest kryzys, nasz gospodarz spędza większość czasu „ciesząc się życiem”. Przy wejściu do mieszkania wisi duża skarbonka z napisem „jeśli masz jakieś drobne i chcesz wesprzeć nasz domowy budżet- nie krępuj się”. Dorzucamy się oczywiście. W ten sposób, jak co miesiąc, Kostas opłaci rachunki. &#8211; Dobra, chłopaki to są wszyscy- tutaj Kostas zatacza krąg ręką, a wszyscy, których jest naprawdę sporo na 40m2 siedziby naszego nowoczesnego hipisa, wydają przyjazne pomruki- to są chłopaki, którzy jadą na motocyklach dookoła świata- teraz nasza kolej na pomruki i witanie się. U Kostasa są ludzie ze wszystkich zakątków Europy i niektórych zakątków Azji. Spotykamy parę z Turcji w podróży dookoła Bałkanów, ekipę z Francji w podroży stopem do Indii, a także parę z Polski, która jeszcze nie dokładnie wie dokąd zmierza, ale za to dokładnie wie, że chce jechać. &#8211; Rozpakujcie się chłopaki i idziemy na obiad na Uniwersytet- zapowiada Kostas. Rozpakować się nie jest łatwo, bo każde wolne 30 cm zostało zajęte. Co powoduje, że raczej nie wybiera się miejsc wolnych, a mało zagęszczone. Wreszcie wynajdujemy mało zagęszczony fragment podłogi pod schodami i zrzucamy na malowniczą górkę wszystkie nasze motocyklowe torby. Nasz gospodarz daje sygnał do wymarszu i cała hałaśliwa i różnorodna grupa wyrusza na jedzenie. &#8211; Gdzie idziemy jeść?- pytam przewodnika. &#8211; Na Uniwersytet. Do kantyny- odpowiada. &#8211; Wiesz Kostas, nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale my nie jesteśmy tutejszymi studentami- stwierdzam z uśmiechem. &#8211; Ja też nie. Aha. Nie będę pytał, może czegoś nie zrozumiałem, może Uniwersytet to nazwa knajpy? Cholera wie w sumie, najlepiej poczekać, dotrzeć na miejsce i przekonać się samemu. Po drodze mijamy demonstrację, które odbywają się co tydzień w Salonikach. Głównie demonstrują ludzie młodzi. Wiemy generalnie o co chodzi protestującym: rząd chce wprowadzić politykę oszczędności, żeby dostać dotacje z Unii, co nie podoba się ludziom, bo oni uważają, że nie powinni płacić za błędy rządu. Ale i tak postanawiamy dostać informacje z pierwszej ręki. &#8211; Rząd chce, żebyśmy więcej i dłużej pracowali, i chcą cofnąć większość ulg, które przysługują studentom i wykładowcom, no i podwyższyć podatki, dlatego wychodzimy na ulice. A Wy byście nie wyszli? Nie komentujemy. Nie jestem ekonomistą, nie znam gospodarki w Grecji, w związku z tym trudno się wypowiedzieć. Jest jeszcze jeden aspekt rozruchów w Grecji. Okazuje się, że Grekom bardzo spadło zaufanie do banków, w związku z czym prawie nigdzie nie można płacić kartą, co nie było by tak problematyczne gdyby nie fakt, że podczas protestów w ramach demonstrowania swojego niezadowolenia ludzie dewastują bankomaty. Spędzamy więc dobre 40 minut chodząc po centrum miasta i szukając sposobu, żeby wypłacić kasę. Docieramy na miejsce i okazuje się, że dobrze zrozumiałem Kostasa. System działa tak: Uniwersytet dostaje dotacje na posiłki dla studentów, więc postawił nową, ładną kuchnie i posiłki wydaje. Zdaje się nawet, że obiady spełniają jakieś normy Unijne, jeżeli chodzi o różnorodność i skład etc. Jednak nikt nie sprawdza w momencie wydawania obiadu, czy masz legitymację, ani nawet czy mówisz po Grecku w związku z tym codziennie zwalają się tu tłumy młodych ludzi chętnych na darmowe jedzenie. Z jakiegoś powodu władze Uniwersytetu uznały, że egzekwowanie legitymacji lub innego dowodu studiowania spotka się z protestami ze strony studentów, więc od ponad pół roku nikt z tym nie walczy. Dzięki temu tak nasz gospodarz jak i jego goście mieli codziennie darmowe jedzenie. Pięknie. Po południu odbieramy dokumenty od kierowcy busa, który jechał z Wrocławia do Salonik. Dostajemy kartkę od moich rodziców i pierwsze pozdrowienia. Nie czuję jeszcze, że jesteśmy daleko od domu, ale miło mi się robi, że ktoś tam o nas cały czas pamięta i trzyma kciuki. Postanawiamy, żeby następnego dnia, nawet po południu wyruszyć w stronę Turcji. Spędzamy miły wieczór z całym gronem z Couchsurfingu i następnego dnia po przepakowaniu i ostatnim sprawdzeniu czy wszystko mamy, ruszamy do Azji. Nocujemy tuż przed granicą Turecką na opuszczonej plaży. Pierwszy i jeden z nielicznych razów rozkładamy namiot. Gotujemy, palimy shishę, siedzimy i słuchamy szumu morza. &#8211; Jutro zanim ruszymy ściągamy motocykle na piach- mówi Maks. &#8211; Nigdy nie jeździłem motocyklem po piachu- odpowiadam. Dobra, przyznaje- nie lubię offroadu. Nigdy nie lubiłem, nie miałem za dużego doświadczenia i nie byłem przekonany do specjalnego uwalania się w błocie od stóp do dziurek w nosie. Sama idea mnie nie przekonywała. &#8211; To trochę tak jak po lodzie tylko, że jak się wywalasz to musisz za każdym razem podnieść 170 kg- no, Maks mnie nie zachęcił.- nie będziesz zadowolony, ale i tak spróbujemy co? No spróbujemy. W końcu po to jedziemy, żeby próbować. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/">MXT 2012 Odc 06: O kryzysie w Grecji, wolnym internecie i tym czy należy mieć PLAN?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">426</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 05: Macedonia i Albania motocyklem (ale w biegu)</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:18:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Albania]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Macedonia]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=422</guid>

					<description><![CDATA[<p>Macedonia i Albania motocyklem to niesamowite doświadczenie. Szczególnie, że w ogóle ich nie planowaliśmy. Następnego dnia dogadaliśmy, co było do dogadania, z właścicielem hotelu, który przekonany, że tak bardzo się przywiązaliśmy do Grzyba Stefana (lub Romana różne wersje były), że zamierzamy wracać, z przyjemnością odstąpił nam schowek na rzeczy. Muszę przyznać, że w przeciwieństwie do Maksa zawsze miałem wątpliwości co do dobrych intencji ludzi, więc na wszelki wypadek zabrałem wszystko ze sobą co miało jakąkolwiek wartość, a resztę w myślach spisałem na ewentualne straty. W końcu czymś te potwory mieszkające w pokojach muszą karmić, moje ciuchy nadawały się dobrze do roli pokarmu jak cokolwiek innego. Zapakowaliśmy motocykle i ruszyliśmy do Macedonii, żeby choć przez parę dni spróbować poczuć klimat państwa Aleksandra Wielkiego. Do granicy dotarliśmy bez problemu, chociaż upał był niesamowity, ale wtedy jeszcze chłonęliśmy ciepło po wyjątkowo nijakim lecie w Polsce. Swoją drogą granice między państwami są materiałem na osobną książkę. Niesamowite jak człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że podczas wyjazdów po Europie nie ma kontroli paszportowej. Jesteś w jednym państwie, cyk, tablica i jesteś w drugim. Wygodnie. A jeszcze parę lat temu nawet na tych bardziej cywilizowanych granicach trzeba było stać i czekać. Jasne, jak wybierasz samolot jako sposób podróżowania to jakoś jesteś mentalnie przygotowany do pokazywania paszportu. To rytuał, zupełnie jak wyciąganie wszystkich metalowych przedmiotów i konfiskata pasty, wewnątrz której możesz przecież przewozić C4. Lub nożyczek do paznokci, którymi mógłbyś przecież sterroryzować całą załogę. Na początku mieliśmy lekki szok, gdy wjechaliśmy na Bałkany, bo oczywiście wiedzieliśmy, że kontrola paszportowa będzie, ale nie spodziewaliśmy się kolejki. Powoli jednak przyzwyczajaliśmy się do idei sprawdzania paszportów na granicach. Jednak każda następna, którą mijaliśmy była coraz bardziej „egzotyczna”. Z czasem przyzwyczailiśmy się także do tego, że trzeba liczyć cały dzień na pokonanie granicy. Bo celnik zobaczy papiery i stwierdzi, że to nie możliwe, że te motocykle są z Polski, pójdzie sprawdzić, zawoła kolegów, przyniosą herbatę, usiądą dookoła motocykli i zaczną debatować, zaproszą nas do „budy”, żebyśmy opowiedzieli o podróży. A może chcemy coś zjeść? A może przemycamy alkohol? Nie? A narkotyki? Nie? A chcecie może kupić jakieś? I cały ten rytuał powtarza się na każdej granicy. Czasem celnicy gniewnie popatrzą i potrzymają nas na słońcu 4 godziny, żebyśmy zmiękli, i żeby nam pokazać kto tu rządzi. Przekraczanie granicy to rytuał, który należy przejść zawsze ze spokojem i uśmiechem, a czasem z 10 dolarowym banknotem. Nie żeby się nie dało bez niego, ale czasem z nim można oszczędzić parę godzin. Ale wróćmy do granicy z grecko-macedońskiej. Udało nam się nawet nagrać cały proceder. Podjeżdżamy do granicy z otwartymi paszportami a celnik macha: „dalej, dalej”. Formalności zajęły w sumie jakieś 7 sekund. Super. Macedonia i Albania motocyklem stają się faktem. Zaraz za granicą postanawiamy się zatrzymać, zjeść coś i odpocząć. Po jedzeniu Maks standardowo zasypia. W ciągu całego tripu, pomimo, że znałem go od lat, za każdym razem byłem pod wrażeniem jego zdolności zasypiania przy każdej okazji i w każdym miejscu. Celnicy przetrzymują nasze paszporty dłużej niż 4 minuty? Drzemka. Odbieramy motocykle z terminalu i gość z biura poszedł coś skserować? Krótka drzemka przed jego biurkiem. Wsiadamy do autobusu, w którym nie można usiąść, żeby podjechać jeden przystanek? Drzemka na stojąco. Maks był swoistym mistrzem drzemki przy każdej okazji. Gdyby były mistrzostwa jestem pewny, że wróciłby z pucharem i nagrodą publiczności. Doprowadził zdolność spania w każdych warunkach do mistrzostwa, o którym normalny śmiertelnik mógł pomarzyć. Zjedliśmy jeden z naszych magicznych obiadów i mój towarzysz podróży poszedł trenować spanie, ja natomiast zacząłem wgryzać się w kolejną książkę. Obydwaj ocknęliśmy się ponieważ zaczęło kropić. Żaden tam deszcz, ale leciutka mżawka, która trwała góra 30 minut. Był to jedyny raz, gdy prowadziliśmy motocykle w deszczu aż do Malezji. Nie wiem czy to klasyfikuje się do farta roku, ale przyznacie, że 6 miesięcy słońca to niezły wynik. Wieczorem zatrzymujemy się w Prilepie. Naszym celem są jeziora Prespa i Ohrid, które zamierzamy objechać następnego dnia. W Prilepie nie zobaczyliśmy niestety niczego niesamowitego, natomiast spędzamy całkiem dużo czasu rozmawiając ze współwłaścicielką hostelu, w którym się zatrzymujemy. Bardzo płynnie mówi po angielsku z silnym brytyjskim akcentem. Okazuje się, że spędziła parę lat w okolicach Londynu pracując i odkładając na założenie hostelu. Opowiada nam o tym, że wielu młodych Macedończyków emigruje, gdy tylko ma okazję za lepszym życiem, lepszą płacą. Co tu dużo gadać- podobnie jak u nas. Następnego dnia żegnamy się i ruszamy zobaczyć jeziora o których już do tej pory sporo się nasłuchaliśmy. Staramy się unikać głównej drogi, ale jest to dość ciężkie bo przez większość czasu, no cóż… jest tylko jedna droga, chociaż pomimo tego moim zdaniem na miano głównej raczej nie zasługuje. Po jakimś czasie odbijamy nad jezioro Prespa i zatrzymujemy się nad samą wodą na jedzenie. Pusto, mijamy parę wiosek i żadnego hotelu, kurortu, nic, pomimo, że jezioro piękne. Nic tylko się cieszyć. Postanawiamy jeszcze tego samego dnia dotrzeć nad jezioro Ochrydzkie. Droga która łączy oba jeziora jest zdecydowanie najlepszą motocyklową drogą jaką do tej pory jechaliśmy. Zaczyna się na wysokości 950 m.n.p.m wjeżdża się na 1600 m.n.p.m, gdzie mogliśmy podziwiać zachód słońca nad jeziorem Ochrydzkim i zostawiliśmy pierwszą z naszych wyprawowych naklejek i zjeżdża się ponownie na dół. Wszystko to na 30 km drogi. Piękne zakończenie dnia. Dojeżdżamy w okolice miasta i szukamy noclegu. Wszędzie strasznie drogo, ceny pod turystów raczej z Europy zachodniej, a większość napisów jest po niemiecku. Fakt, że Maks zaczyna próbować dogadać się z właścicielami właśnie w tym języku wcale nam nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Gdy tylko zaczynamy mówić po niemiecku cena skacze 50% w góry, wracamy więc do sprawdzonego zestawu, czyli bardzo wolno po Polsku i dużo machania łapami. Po pewnym czasie trafiamy na właściciela hotelu, który pomimo, że mamy noc wygląda jeszcze na wczorajszego. &#8211; Polacy?- pyta z uśmiechem. &#8211; Tak- odpowiadamy szybko. Byle nas za Niemców nie wziął. &#8211; Wczoraj byli u mnie Polacy, zostawili samochód i pojechali na rowery dookoła jeziora- uśmiecha się- fajni ludzie. &#8211; To tak jak my. My też Polacy i też fajni. &#8211; Dobra, znajdę dla Was pokój w promocji, i motocykle możecie wstawić do restauracji- macha ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Ucieszony kiwam głową i ignoruję info o restauracji. Była taka godzina, że gdyby nawet zaproponował wstawienie motocykli do łazienki na 4 piętrze i musielibyśmy być przy tym ubrani w bikini to też bym z ochotą kiwnął głową. Po chwili okazuję się, że jednak nasz nowy przyjaciel nie żartował, mają na dole hotelu restaurację, rozsuwa stoliki i mówi: &#8211; Wjeżdżajcie, tylko jutro przed 12 musicie wyjechać, bo o 12 otwieramy. Sanepid nie byłby chyba zachwycony. Kładziemy się spać z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia. Wstajemy i pakujemy się. W planach objechanie jeziora i powrót do Salonik, więc dzień będzie długi. Zatrzymujemy się jeszcze w sklepie, żeby wydać ostatnie Macedońskie banknoty i jako, że jesteśmy mistrzami ekonomii obliczamy co kupić według współczynnika wyjazdowego (WspW)= ilość kalorii/gramy/cena. Wychodzi nam, że na śniadanie będzie chleb i pół kilo białego, bliżej nieznanego nam sera. Pakujemy wszystko i jedziemy poszukiwać miejsca na śniadaning. Pogoda przepiękna, jezioro za dnia oczarowało nas jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru. Zjeżdżamy z drogi nad samą wodę i rozpoczynamy ucztę. Robimy parę zdjęć. Ochrid to jezioro, które ma najczystszą wodę jaką w życiu widziałem. Słyszymy dźwięk motocykla zjeżdżającego do nas z drogi. Obracamy się, gościem okazuje się Hiszpan na najnowszym BMW. Patrzę na tablice i z podziwem stwierdzam: &#8211; Kawał drogi z tej Hiszpani, długo jechałeś? &#8211; Nie, nie tak bardzo- ucina- a Wy skąd? Dokąd? Maks opowiada, ja w międzyczasie podziwiam motocykl. Piękna maszyna, świetnie wyposażona, wersja stworzona do dalekich podróży, kufry, dodatkowe oświetlenie, płyta pod silnik, wielki bak, wszystko o czy można zamarzyć. Wszystko o czym marzyliśmy wyjeżdżając w podróż taką jak nasza. Nasze 10 letnie Xteki wyglądają przy jego motocyklu niczym motorynki z odzysku. Maks skończył opowiadać. &#8211; A którędy jechałeś? O Alpy zahaczyłeś? – pytam, bo już kiedyś byłem w tych rejonach starą, dobrą Virago 535. &#8211; Nie. &#8211; O szkoda, mogę polecić parę miejsc jak będziesz wracał. &#8211; Ja w zasadzie wysłałem motocykl z Barcelony prawie aż tutaj statkiem. Tu zrobię kółko i wysyłam go z powrotem. Taki wiecie- trip na trzy tygodnie. Gadamy jeszcze chwilę i Hiszpan odjeżdża w drugim kierunku. Uśmiechamy się do siebie. Obaj myślimy o tym samym. To jak kupno 30 letniej whisky, żeby ją postawić na półce i patrzeć jak się starzeje. Daje satysfakcje, ale nie sprawia automatycznie, że jesteś koneserem whisky. Ruszamy dalej. Droga do Salonik jest przepiękna. Winkiel za winklem, równy asfalt. W takich chwilach można na prawdę poczuć po co ludzie wsiadają na motocykl. Każdy zakręt sprawia frajdę. Każdy to kolejna dawka adrenaliny, ale też uczucie wolności. Takie, które bardzo kojarzy się z tym opisywanym przez pilotów. Jesteś tylko Ty, motocykli i droga przed Tobą. Czerpiesz przyjemność z samej jazdy, nie myślisz o niczym więcej. Kask jest granicą, która odcina Cię od świata zewnętrznego i pozwala o nim zapomnieć. Poza tym małym fragmentem drogi, który jest przed Tobą. To jest Twój cel. A w chwilach takich ja ta nie liczy się nic innego. Jedziemy jak w transie zatrzymując się dopiero, gdy motocykle wyraźnie sygnalizują nam, że ostatnie opary benzyny się ulotniły. Tankujemy z kanistrów i po paru godzinach docieramy do Salonik, gdzie właściciel hostelu i Stefan już na nas czekają. Nasze rzeczy również. Następnego dnia mają przyjść dokumenty i wyruszymy do Azji. Nie możemy już się doczekać. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/">MXT 2012 Odc 05: Macedonia i Albania motocyklem (ale w biegu)</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">422</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 04: O gotowaniu, walce z komarami i jeździe motocyklem po Grecji</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:06:50 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=420</guid>

					<description><![CDATA[<p>Pierwszy raz w życiu wjeżdżamy motocyklem do Grecji! Ale wróćmy do początku dnia. Znowu wstajemy z kurami. Czyli zostajemy obudzeni przez naszego recepcjonistę o 10. &#8211; Ktoś ma zarezerwowane te łóżka już od 15 minut- oznajmia. To przynajmniej będzie miał je ciepłe- myślę, ale zbieram się grzecznie i zaczynam pakować. Wychodzimy przed hostel, pakujemy motocykle i ruszamy ku Bułgarii. Po drodze zatrzymujemy się na ekskluzywnym Rumuńskim parkingu (trzy ławeczki- z czego jedna kompletna- i pół stolika) i gotujemy. Gotowanie powinno być osobnym rozdziałem tej wyprawy. Zacznijmy od naszego sprzętu: mieliśmy ze sobą, podarowaną nam wcześniej, kuchenkę na paliwo. Jest to genialne rozwiązanie ponieważ wielokrotnie po prostu spuszczaliśmy trochę paliwa z motocykla, żeby przygotować sobie obiad, a raz również spuszczaliśmy trochę paliwa z kuchenki, żeby motocykl się nie zatrzymał. Poza kuchenką mieliśmy standardowy zestaw dwóch garnko-menażek, z których, także standardowo, oba osmaliły się i powyginały trochę już drugiego dnia jazdy. Jest jakiaś magia w tym, że wrzucasz do bagażu względnie nowy sprzęt, a po paru dniach masz już coś co przypomina wyposażenie człowieka który na gotowaniu w dziczy spędził połowę życia. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, bo wygląd zniszczonych menażek, dźwięk odpalanej kuchenki, i nasze wygłodniałe, zarośnięte spojrzenia wlepione w zawartość tego co na kuchence, często odstraszały intruzów. Po za tym w ten sposób pośrednio gubiliśmy wygląd żółtodziobów podróżniczych. Tylko wygląd, bo doświadczenie przychodziło znacznie później. Wracając do gotowania: na początku nasza taktyka, pomimo, że obaj mieliśmy opanowane umiejętności kucharskie na etapie wyższym niż jajecznica, opierała się na jednej technice. Znajdujemy to co jest najtańsze w danym kraju, dorzucamy najtańsze mięso (z całym szacunkiem dla wegetarian- jedyny posiłek bez mięsa, który nasze żołądki tolerowały to zupa chmielowa potocznie zwana piwem), dorzucamy makaron/ryż/kaszę i voila! Nie było to może wyszukane jedzenie, ale było szybkie i sycące. Kontynuowaliśmy tą taktykę, aż do Turcji, gdzie po prostu nie mogliśmy odpuścić Tureckiej kuchni. Potem już zdecydowanie taniej było znaleźć rozsądną knajpę niż gotować samemu. Po za tym jednym z ważniejszych powodów, dla którego pojechaliśmy na tą wyprawę było spróbowanie wszystkiego do czego znaleźliśmy dostęp w danym kraju. Im dziwniejsze tym lepiej. Właśnie z tego powodu bardzo długo nie wracaliśmy do gotowania na naszej kuchence. Gotujemy więc pyszne danie, które Maks nazwał pizzą bez ciasta, jemy i jedziemy dalej. W Bułgarii zatrzymujemy się mieście Veliko Tarnovo, które słynie z wartych zwiedzenia ruin zamku. Akurat gdy wjeżdżamy możemy zobaczyć pokaz, który odbywa się tu co noc, czyli podświetlanie zamku przez różnobarwne halogeny. Pięknie, chociaż nie na tyle, żeby obrać to miejsce za cel podróży. Według przewodnika Veliko Tarnowo to jedno z najstarszych miast w Bułgarii. Można to poczuć przejeżdżając po wąskich uliczkach. Znajdujemy mały hostelik, gdzie za śmieszne pieniądze właściciel znajduje miejsce dla nas i naszych motocykli. Następnego dnia faktycznie wstajemy wcześniej i jedziemy zwiedzać zamek zanim wyruszymy w dalszą drogę. Miejsce naprawdę malownicze, ale efekt psuje pogoda. 36 stopni Celsjusza zniechęca do każdej nagrzanej, kamiennej budowli. Siadamy, kręcimy krótki film i w drogę do Sofii. Podróż mija bardzo szybko i lekko. Dojeżdżamy do Sofii i tu się okazuje, że nasz host, a kumpel Maksa, jednak nie będzie mógł nas przenocować. Stajemy pod małym sklepikiem i zastanawiamy się co dalej. Maks idzie kupić jedzenie, a ja zostaje przy XT’kach. Podchodzi do mnie ni to żul ni to samuraj ulicy i łamanym angielskim (sic!) oznajmia: &#8211; To miasto brzydkie, po co przyjechali? No cóż, tylko przez nie przejechałem, więc się kłócił nie będę. Po krótkiej rozmowie stwierdzam, ze to jest znak i gdy tylko Maks wychodzi z jedzeniem zarządzam: jedziemy dalej. &#8211; Spoko, to może nawet lepiej, jutro za to odpoczniemy &#8211; odpowiada Maks. Swoją drogą sporo tak odpuściliśmy miejsc w Europie i Azjatyckiej części Turcji ze względu na czas. Byliśmy 3 tygodnie w plecy, a wydawało nam się, że wszystko co bliżej niż 3000 km od Polski możemy zobaczyć kiedyś w przyszłości. Powtarza się schemat z dojazdu do Bukaresztu i nie możemy przestać jechać. Ok 3:00 znajdujemy na mapie jezioro w Grecji o wdzięcznej nic nie mówiącej nam nazwie: Kerkinis, gdzie wiedziony doświadczeniem ze wcześniejszych tripów chcę szukać noclegu. Dojeżdżamy na miejsce już kompletnie po ciemku i w zasadzie prowadzeni bardziej nawigacją niż tym co widzieliśmy wjeżdżamy na małą polankę między drzewami, która schodzi z drogi aż do samego jeziora. Ziemia nie jest ogrodzona, nie widzieliśmy też wcześniej żadnych domów, więc zakładamy, że nie obudzi nas właściciel z widłami w dłoni. Znajdujemy dogodne miejsce tak, żeby nie było nas widać z drogi i rozbijamy obóz. Oczywiście bez namiotu, same karimaty pod gołym niebem. Nie zdążyliśmy się jeszcze położyć, a nagle słychać jakieś odgłosy. &#8211; Coś się chyba zbliża- szepcze Maks. Kurde, słyszę właśnie. I to nie jest człowiek. Nagle orientuje się, że to nie pojedynczy dźwięk, jest ich więcej i dobiegają z wielu miejsc. Umysł zabawnie działa w takich sytuacjach. Zacząłem się zastanawiać jakie groźne zwierzęta mogą żyć w Greckim lesie. Wyszło mi, że centaury. Bezszelestnie obaj wyciągamy latarki i kierując na najbliższy dźwięk odpalamy światło. Naszym oczom ukazuje się stado koni. Zwierzaki narobiły nam trochę strachu, ale są bardzo towarzyskie, więc szybko się z nimi zapoznajemy i pozujemy wspólnie do zdjęć. Po chwili wychodzi także na jaw po co konie nas odwiedziły. Dobierają się do naszych zapasów jedzenia. Maks pomimo moich protestów rozdaje wszystko co mamy, a konie mogą zjeść. Zostajemy bez śniadania, ale za to z pierwszymi znajomymi w Grecji. Po krótkiej naradzie postanawiamy przenieść obóz na sąsiednią polankę. Słyszałem, że koń nigdy nie nastąpi na leżącego człowieka, ale po co ryzykować pobudkę z kopytem w oku? Zbieramy rzeczy i przenosimy się poza zasięg nieparzystokopytnych i już mamy zasnąć, ale niestety ponownie nam się to nie udaje. Gdzie woda tam i komary, więc leżymy i toczymy bój z insektami. Ze śpiworów wystają nam tylko twarze ale owady nie dają za wygraną i raz po raz znajdują nowe miejsce, żeby nas użreć. Mamy niby gdzieś kremy, ale nie wiemy gdzie i żaden z nas nie chce wstawać i grzebać przy motocyklach. Po chwili słyszę Maksa: &#8211; Wiesz co? Może komary nie lubią benzyny? &#8211; Co? – czasami ciężko mi nadążyć za jego tokiem myślenia. &#8211; No może komary nie lubią benzyny. Weźmy trochę benzyny z kuchenki, wysmarujmy twarze, a pewnie nie będą nas gryzły- mówi Maks, jakby to było najlepsze rozwiązanie jakie w ogóle istnieje. &#8211; Głupi pomysł – stwierdzam- będziemy śmierdzieć i dalej nas będą żarły. Cisza. Przerywana tylko plaśnięciami świadczącymi o naszej nierównej walce. &#8211; Dobra, dawaj tą kuchenkę- kapituluję. Tak oto przekazuję Wam kolejną porcję zdobytej w pocie czoła wiedzy: komarom benzyna jest kompletnie obojętna. *** Rano budzą nas poławiacze czegoś co pływa w jeziorze. Chyba małże. Podchodzą zdziwieni widokiem postawionych motocykli. Próbujemy nawiązać jakiś dialog, ale niestety nic nam z tego nie wychodzi. Postanawiamy spakować się, umyć naczynia i ruszać dalej do Salonik. Wychodzi pierwsza rzecz, której zapomnieliśmy: czegokolwiek do mycia sprzętu kuchennego. Bez gąbki jeszcze sobie jakoś radzimy, ale wymiana płynu do mycia naczyń na Maksa żel pod prysznic marki Korsarz okazuje się fatalnym błędem. Następne trzy posiłki smakują lekko „żeglarsko”, ale za to według zapewnień producenta pachną bardzo świeżo. Widok jeziora o poranku wynagradza nocne zmaganie z komarami. Idealnie równa tafla wody, niebieskie niebo i widok na horyzoncie gór cieszył by chyba najbardziej wymagającego podróżnika. Idealne miejsce na śniadaning. Śniadaning został wynaleziony przy okazji mojej poprzedniej wyprawy- EXT 2011. Z grubsza polega na tym, aby wybierać w nocy, po ciemku miejsca, które potencjalnie rano mogą rano zaprzeć dech w piersi. Rano budzisz się i jeśli trafiłeś- zjadasz w tych przemiłych okolicznościach śniadanie. Powoduje to przyklejenie uśmiechu na twarz na resztę dnia. Zjadamy więc to co konie nam pozostawiły- czyli puszki z przysmakiem śniadaniowym- rozkoszując się widokiem. Bez problemów docieramy do Salonik, gdzie znowu nie mamy hosta. Jedyna osoba, która nam odpowiedziała stwierdziła, że w tym momencie ma w domu 16 osób, i że za dwa trzy dni będzie miała wolne miejsca jak chcemy poczekać. Jako, że mamy czas postanawiamy znaleźć najtańszy hotel jaki w ogóle jest w tym Greckim mieście. W wyniku poszukiwań lądujemy w pokoju we dwóch z nowym lokatorem. Grzyb na ścianie jest tak monstrualny, że wcześniej nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Słowo daje, ta ściana była bardzo blisko od otrzymania daru samoświadomości. Postanowiliśmy ochrzcić grzyba Stefanem i poprosiliśmy go o pilnowanie naszych rzeczy, gdy nas nie będzie w pokoju. Sami ruszamy na podbój Salonik. Saloniki to drugie co do wielkości miasto w Grecji i pierwsze miasto, które faktycznie zwiedziliśmy z przewodnikiem w ręce. I chyba jedno z nielicznych. Dużo częściej zwiedzaliśmy z lokalnym mieszkańcem, zazwyczaj- naszym hostem. Polecam ten drugi sposób zwiedzania, dużo bardziej ciekawy. Miasto pomimo braku przewodnika bardzo przypadło mi do gustu. Spędzamy długie godziny na gubieniu się w uliczkach pomiędzy jednym a drugim zabytkiem i nie zauważamy nawet, gdy robi się ciemno. Nic nie jedliśmy cały dzień, więc kierujemy się do małej knajpy. Prawie nikogo nie ma, ale zamawiamy posiłek i piwo i siedzimy i gadamy. &#8211; Skąd jesteście?- pyta nas kelner. &#8211; Polska- odpowiadam uśmiechając się. Kończymy jeść po dość długim czasie. Kelner przynosi nam po małym deserze pomimo, że nic nie zamawialiśmy. &#8211; Na koszt firmy, dla takich miłych chłopaków z daleka- mruga do nas. Dziwne. Rozglądam się dookoła. Wszystkie stoliki zajęte przez jednopłciowe pary lub większe grupki. &#8211; Maks chyba nie najlepiej trafiliśmy- zauważam łącząc bardzo powoli fakty. &#8211; Darmowy deser- odpowiada Maks. Argument ostateczny. Potem dowiedzieliśmy się od naszego hosta, który umierał ze śmiechu jak mu opowiadaliśmy o pierwszym dniu w Salonikach, że jest jedno takie miejsce znane w całych Salonikach, znane z… ukierunkowania pod odpowiednią grupę klienteli. Na następny dzień postanawiamy, że trzeba przejrzeć bagaże, żeby sprawdzić czy wszystko na pewno mamy. W końcu jeszcze jesteśmy w Europie i jak coś to rodzice mogą nam dosłać rzeczy z Polski. Okazuje się, że zapomniałem rękawic na zimniejsze noce, a Maks kominiarki i kołnierza. Na szczęście on wziął dodatkowe rękawicę, a ja bonusową kominiarkę. To się nazywa wyczucie! Kołnierz postanawiamy przeboleć i kupić po drodze. Przeglądamy dokumenty. Nagle, aż mnie zatyka. &#8211; Maks, zapomniałem prawa jazdy. Śmieszne, gdyby to się jemu zdarzyło to bym się wkurzył. Maks natomiast wybuchnął śmiechem. &#8211; Podróżnik! Motocyklista bez prawa jazdy! Jedzie w wyprawę dookoła świata- nabijał się ze mnie. Po chwili też zacząłem się śmiać. Dzwonię do Polski. &#8211; No, mamy Twoje prawo jazdy, zostało w drugiej kurtce- odpowiada mi tato.- jutro pokombinuje jak Ci to wysłać, musicie parę dni poczekać. Kończę rozmowę i mówię Maskowi, że zostajemy w Salonikach na parę dni. Znajduję też, po chwili prawo jazdy międzynarodowe. Zaczynam się zastanawiać, w końcu w Salonikach jesteśmy od dwóch dni, widzieliśmy większość tego co chcieliśmy zobaczyć, w sumie nie jesteśmy tak strasznie przywiązani, żeby zostawać w tym samym miejscu. &#8211; A może się gdzieś przejedziemy przez te parę dni- rzucam pokazując mojemu towarzyszowi podróży międzynarodowe prawo jazdy- zostawimy tu bagaże i wrócimy jak dokumenty będą dojeżdżały. &#8211; Ok, gdzie? &#8211; Macedonia, tam nas jeszcze nie było. Następny argument ostateczny, którego często używaliśmy. Czemu tam jedziemy? Bo nas tam jeszcze nie było to przecież oczywiste. I w ten sposób dopisaliśmy do planu podróży dwa państwa, których na nim nie było. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/">MXT 2012 Odc 04: O gotowaniu, walce z komarami i jeździe motocyklem po Grecji</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">420</post-id>	</item>
	</channel>
</rss>
