<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Grecja - Wandering Sparrows</title>
	<atom:link href="https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/europa/grecja/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/europa/grecja/</link>
	<description>Blog podróżniczy &#124; Fotografia &#124; Filmowanie</description>
	<lastBuildDate>Mon, 25 Feb 2019 03:52:24 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://wanderingsparrows.pl/wp-content/uploads/2018/09/wandering-web-logo.png</url>
	<title>Grecja - Wandering Sparrows</title>
	<link>https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/europa/grecja/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
<site xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">158551444</site>	<item>
		<title>MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:56:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=429</guid>

					<description><![CDATA[<p>Poranek wita nas idealną pogodą, jest ciepło, ale jeszcze nie na tyle gorąco, żeby nasze ubrania przykleiły się do ciał, a opony do asfaltu. Spanie w namiocie ma tą zaletę, że namiot szybko się nagrzewa, gdy wychodzi poranne słońce. Nagrzany namiot jest bardzo ciężki do wytrzymania, szczególnie, gdy zawiera dwóch facetów, więc już o 9 byliśmy na nogach. Maks zarządził trening motocyklowy na piasku, więc zebraliśmy rzeczy, wrzuciliśmy do namiotu i stargaliśmy motocykle na plaże. &#8211; Dobra, zaczynasz tak- Maks pokazuje mi jak trzymać nogi, jak dodawać gazu i utrzymać się na motocyklu który uparcie cały czas szedł bokiem. Wreszcie opanowałem teorię na tyle, żebyśmy przejechali się w tą i z powrotem po pustej plaży i muszę przyznać, że zabawa była przednia. Pierwszą glebę zaliczył mój nauczyciel. Stawiam swój motocykl, podbiegam. &#8211; Nic Ci nie jest? &#8211; Nie, najadłem się tylko trochę piasku.- mówi, spluwając na plażę. Okazuje się, że podczas krótkiego lotu nie udało mu się przygotować telemarku i wpadł twarzą prosto w najbardziej sypki, suchy piasek. Ma go dosłownie wszędzie. &#8211; No to śniadanie masz już za sobą. Zaczynam się śmiać, ale pomagam mu podnieść motocykl, który niestety zakopuje się w miejscu lądowania. Maks nie może wyjechać, więc wybieram „najmądrzejszą” opcję, staje za motocyklem i trzymając za stelaże próbuję go wypchnąć z piachu. Nie wiem, czy to gorąco, czy morska bryza, czy coś innego spowodowało, że w tym momencie postanowiłem porzucić zwyczaj korzystania z szarych komórek, no ale stało się. Maks ruszył, a ja dostałem fontanną piasku z pod kół prosto w twarz. &#8211; %^&#38;*(&#38;! Nienawidzę off roadu! W ten sposób stajemy przed dylematem: wykąpać się w morzu i być całym w soli, czy nie wykąpać się i być całym w piasku? Dochodzimy do wniosku, że sól może jest mniej szkodliwa i pakujemy się do morza. Następnie wrzucamy rzeczy na motocykle i dojeżdżamy do granicy grecko- tureckiej. Okazuje się, że prosto nie jest. Celnicy co prawda nie sprawdzają zbyt dokładnie dokumentów, ale stanowisk do sprawdzania jest pięć, a każdy celnik musi sobie trochę pogadać. &#8211; Wej arr jou going? &#8211; Istambul &#8211; Waj? No jak to „waj”? Jako, że wyrabiałem przed wyjazdem nowy paszport i miałem długą brodę i włosy do zdjęcia, wyglądam w nim jak Syryjski bojownik o wolność. W każdym razie trochę trotylu, turban i byłbym nie do rozpoznania. Turcy więc biorą mnie prawie za swego wracającego z obczyzny. Inna sprawa z Maksem, Maks wydaje im się podejrzany. Nie pasuje im, że jakiś gość w blond dreadach o głowę od nich wyższy chce wjechać na motocyklu do Turcji. Chyba ponownie kłania się teoria szpiega obcego mocarstwa. Swoją drogą to ciekawe, bo powiem Wam, że wzrost, kolor i rodzaj uczesania Maksa wielokrotnie pozwoliły mi znaleźć go w tłumie na ulicach Ankary, Delhi czy Bangkoku. Nie było więc mowy o wtopieniu się w tłum. Niezależnie jak długo mój towarzysz podróż się opalał. Jednak z jakiegoś powodu służby celne zawsze uważały, że jak ktoś się tak od nich rożni to na pewno szmugluje głowice nuklearne na motocyklu. &#8211; Turism- odpowiada Maks uśmiechając się od ucha do ucha. &#8211; mhm- spojrzenie na paszport, na Maksa i jeszcze raz na paszport. Tak, żebyśmy wiedzieli, że służby Tureckie mają nas, czy raczej jego, na oku- ok, go! I tak na pięciu bramkach. Na każdej kolejnej wbijanie wizy, wizy dla motocykli, sprawdzanie czy mamy wizę, czy mamy motocykle, czy to te motocykle co w paszporcie, a nuż podmieniliśmy między bramkami i tak w kółko. Ale wszystko to robione mało dokładnie i trochę tak na pokaz, żebyśmy byli świadomi, że Państwo Tureckie czuwa. Wjechaliśmy! Zaraz za granicą dostrzegamy stację benzynową. Mamy pełne baki, bo Grecy ostrzegli nas, że w Turcji paliwo jest drogie, ale gdy widzimy ceny to aż nas mrozi- 40% drożej niż w Polsce.No cóż, motocykle będą musiały przestać palić, nie ma innej rady. Jedziemy wybrzeżem, a zachodzące słońce świeci nam w plecy. W Istambule mamy aż dwóch hostów, obaj to koledzy Maksa z Erazmusa w Portugalii. Pomimo, że zbliżamy się do miasta to jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie będziemy spać. W pewnym momencie dzwoni nasz wyprawowy telefon. &#8211; Maks, muszę zostać w pracy dłużej, będę dopiero koło północy w domu- jeden z kolegów ułatwił nam wybór. &#8211; Dobra, dzwoń do tego drugiego, że przyjeżdżamy- stwierdzam. Maks dzwoni i wdaje się w dość długą dyskusję. &#8211; Ok, powiedział, że nie może nas przenocować, ale siostra jego kuzyna ma syna, który zna gościa, który nas przenocuje i do tego po nas przyjedzie. Chwilę się zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że nie warto pamiętać koligacji naszego gospodarza i jak będzie chciał to sam nam przedstawi swoje drzewo genealogiczne. Ważne, że mamy nocleg. &#8211; Dobra, daj, zadzwonię do niego- przejmuję telefon. Facet, który odbiera ma problem ze złożeniem zdania po angielsku i cały czas powtarza „yes”. &#8211; To gdzie się spotykamy? &#8211; yes, yes &#8211; centrum? &#8211; yes, yes Ok. Nic się nie dowiem. Żegnam się z nim czule, obiecując, że jeszcze zadzwonimy, ale jestem pewny, że nic nie zrozumiał. &#8211; Maks, nie damy rady z tym gościem się dogadać- wyrażam swoją wątpliwość. &#8211; Chociaż spróbujmy, może jest spoko? Może przez telefon tylko tak słabo się z nim dogaduje? Uwielbiam Maksa za jego bezgraniczną wiarę w ludzi i niepohamowany optymizm. Wysyłamy mu sms-a: „Napisz gdzie mamy przyjechać”. Dostajemy zwrotnie jakąś nazwę. Dojeżdżamy do Istambułu i zaczepiamy ludzi pokazując im nazwę na telefonie. Większość nie wie o co nam chodzi, część pokazuje kompletnie rozbieżne kierunki, wreszcie trafiamy na nauczyciela angielskiego. &#8211; To jest centrum handlowe- oświadcza. Wreszcie! Coś mamy! No to teraz gdzie ono jest?- tylko wiecie, u nas są dwa takie w dwóch częściach miasta, do którego potrzebujecie?- gasi nasz entuzjazm. Dzwonię do naszego przyszłego gospodarza. &#8211; Yes, yes?- dobra, jestem o krok, od zabicie gościa przez słuchawkę. Podaję telefon nauczycielowi. Zaczyna się żywiołowa dyskusja i już po chwili wiemy gdzie mamy jechać, nauczyciel pokazuje nam na telefonie adres, wrzucamy w nawigację i trafiamy do centrum handlowego. Poznajemy naszego przyszłego gospodarza. Niestety nie zrozumiał od kolegi,  kuzyna, siostry… no od znajomego Maksa, że jedziemy na motocyklach i że nie mamy dla niego nie dość że miejsca, to kasku. Jest bardzo zawiedziony. Okazuje się także, że ma miejsce do spania, ale nie do końca. Nie jest w stanie wyjaśnić co „nie do końca” znaczy. Zaczynam mieć poważne wątpliwości. Próbujemy dowiedzieć się gdzie mamy jechać, ale niestety nasz gospodarz nie jest w stanie zlokalizować na mapie Istambułu gdzie mieszka. Wpada na genialny pomysł: &#8211; Ja wsiądę do autobusu, wy za autobusem. Jako pokładowy nerwus naszego teamu mam ochotę powiedzieć mu, żeby biegł przed motocyklem, ale Maks patrzy na mnie, i dobrze rozumiejąc, że zaraz wybuchnę mówi: &#8211; Dajmy mu szanse, facet nas nie zna i chce nas przenocować. Jak coś to jutro się do Mehmeda przeniesiemy, a już jest 22:00 teraz coś szukać to będzie masakra. Ma racje. Nienawidzę jak ktoś ma rację, szczególnie taką, która mi nie pasuje. &#8211; Dobra niech wsiada do autobusu. Podjeżdżamy do najbliższego przystanku i czekamy z motocyklami na autobus wzbudzając nie małą sensację wśród pasażerów. Wreszcie podjeżdża autobus i nasz gospodarz wsiada. Jedziemy za autobusem z 10 minut po czym zjeżdża on na pas autobusowy, a potem na zajezdnię, przed którą zatrzymuje nas policjant. &#8211; No, no, no- macha ręką, że nie możemy dalej jechać za autobusem. Dochodzę do wniosku, że 66% Turków, z którymi rozmawiałem od wjazdu do Istambułu porozumiewa się monosylabami. Patrzymy jak nasz niedoszły gospodarz odjeżdża w siną dal. Maks podnosi szybę w kasku. &#8211; Zadzwonię do Mehmeta, że nie przeszkadza nam, że wraca o północy, jeśli nas przyjmie.- proponuje. &#8211; Dobra. Odpalamy motocykle i odjeżdżamy z powrotem na parking centrum handlowego. Nie zauważyliśmy nawet, że zostawiamy za plecami ciągle machającego za nami policjanta w rytm jego „no, no, no”- chyba chciał mieć pewność, ze zrozumieliśmy przekaz. Do Mehmeta docieramy szybko. Mieszka dość daleko od centrum. Wszystko zamknięte, pustki na ulicach, ciemno i cicho. Po jakimś czasie zauważamy ostatni otwarty sklep, podjeżdżamy i pokazujemy adres. Pani za kasą, gdy tylko nas zauważa obdarza nas szczerym, lecz nieco wybrakowanym uśmiechem. Pokazujemy jej adres, a ona wychodzi zza kasy i pokazuje nam palcem gdzie mamy jechać. Machamy chwilę rękami wraz z nią, ustalając kolejne kierunki. Dziękujemy jej pięknie i już wsiadamy na motocykle, gdy pani znowu wybiega ze sklepu i wręcza nam po bułce z mięsem. Jeszcze raz dziękujemy i ruszamy do mieszkania Mehmeta. Ale miło! Jest pierwsza w nocy, gdy Mehmet otwiera nam drzwi. &#8211; Myślałem, że już nigdy nie dotrzecie.- wita się serdecznie z Maksem. &#8211; My też- przyznaję. Jesteśmy zmęczeni, brudni, i nadal czujemy na sobie sól i piasek z rana. Zasypiamy w ciągu 15 minut. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/">MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">429</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 06: O kryzysie w Grecji, wolnym internecie i tym czy należy mieć PLAN?</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:24:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=426</guid>

					<description><![CDATA[<p>Następnego dnia rano, po porannym obchodzie internetu, okazuje się, że dostaliśmy zaproszenie z Couchsurfingu. Zaproszenie jest od Kostasa, czyli hosta, który proponował nam już nocleg przed naszym wyjazdem z Salonik. Swoją drogą prędkość internetu poza Europą jest rzeczą, która wystawia człowieka wielokrotnie na próbę cierpliwości. Akurat w Grecji mieliśmy tą wątpliwą przyjemność zakosztowania tego, zanim jeszcze opuściliśmy Europę. Serio, w sytuacji, w której 5 minut wczytuje się pasek od wczytywania poczty, który potem przez pół godziny przesuwa się, by na końcu z rozmachem, magicznie i zjawiskowo się wykrzaczyć, zaczynasz poznawać drugiego siebie. Ostatnio gdzieś w zakamarkach sieci przeczytałem zdanie: „daj człowiekowi najwolniejszy internet na świecie a przekonasz się kim jest”. Ja stawałem się zwitkiem złości i frustracji z przewagą obu tych rzeczy. Wyobraźcie sobie przesyłanie filmu w takich warunkach. Nie mówiąc już o rozmowach przez Skype. Przez 3 miesiące naprawdę byliśmy w stanie uwierzyć, ze nasze dziewczyny zamieniły się w cztery piksele każda. Ciekawostka ze świata: po 24 godzinach przesyłania filmu Youtube resetuje wysyłanie. W związku z tym nasz film z Pakistanu, zanim trafił do Was, był wysyłany 21 razy. W Grecji połączenie z siecią miało adekwatną prędkość do grzyba, który wspinał się po naszych ścianach. Maks czyta zaproszenie, a ja pomstuję na trzeci raz odświeżaną stronę poczty. &#8211; Jedźmy do niego, chociaż na jeden nocleg. Kogoś przynajmniej poznamy- namawia Maks. Racja, było by super, ale już i tak mamy w plecy trzy tygodnie do tego parę dni w Macedonii i Albanii. Chciałem się trzymać planu. A właśnie- plan. Czy też bardziej PLAN. Jako osoba poukładana organizacyjnie, za każdym razem, gdy współuczestniczyłem w organizacji wyprawy musiał powstać PLAN. Z perspektywy czasu- jeśli wpadniecie kiedyś na taki pomysł jak mój, róbcie co następuje: Znajdźcie najładniejszy mur w okolicy Weźcie spory rozbieg Wybijcie sobie plan z głowy Możecie podróżować dalej Jasne, powinno się mieć ogólny zarys tego co chcecie zrobić i co zobaczyć. Kompletnie w ciemno nie można jechać, ale dzięki Maksowi szybko przekonałem się, że trzymanie się kurczowo planu w 90% przypadków zabija frajdę z podróżowania. Gonienie za harmonogramem, to nie jest to co definiuje dobrą podróż. To nie jest też to co tygryski lubią najbardziej. Po za tym gdy się goni za harmonogramem najczęściej Przygody przechodzą bokiem, a każdy dzień, tydzień, czy miesiąc opóźnienia (zależy od wielkości podróży) powoduje coraz większą frustrację i zabiera przyjemność z jeżdżenia. &#8211; Dobra, walić plan, poznajmy kogoś- odpowiadam, a Maks zaczyna pisać do Kostasa. Wielokrotnie ludzie pytali: jak to się stało, że się nie pozagryzaliśmy w trakcie tripu? Że tak zupełnie odmienni ludzie nie rozjadą się każdy w swoją stronę? Po pierwsze, oczywiście bardzo dobrze się znaliśmy i chyba ta różnica w charakterach u nas się uzupełniała. Po drugie mieliśmy na sytuacje sporne pewien system. Większość decyzji było podejmowane przeze mnie, za każdym razem po wcześniejszej konsultacji, jednak jeśli widziałem, że Maksowi na czymś bardzo zależy- odpuszczałem. W większości wypadków Maks miał do tego rewelacyjnego nosa i trafialiśmy do miejsc i ludzi, którzy zapisali się nam w pamięci, chociaż nie mieliśmy ich na naszej mapie podróży wcześniej. Czasem docieraliśmy do impasu, gdzie albo żaden z nas nie chciał odpuścić, albo żaden nie chciał podjąć decyzji. Wtedy zdawaliśmy się na los. Wybieraliśmy dwie najlepsze naszym zdaniem opcje i rzucaliśmy monetą. Polecam- oszczędza dużo czasu i wprowadza przyjemny element losowy. System ten mieliśmy opracowany już od naszej pierwszej podróży i w przypadku decyzji o zostaniu jeszcze dnia, czy dwóch w Salonikach tez się sprawdził. Pakujemy się, żegnamy czule ze Stefanem i nie mniej czule z właścicielem hostelu, życząc mu nieprzyzwoitego sukcesu w branży hotelarskiej i wyjeżdżamy do naszego nowego gospodarza. Kostas mieszka po drugiej stronie Salonik, ale dzięki nawigacji docieramy tam bardzo szybko. Można by było sądzić, że jeśli ktoś gości w swoim domu te szesnaście osób to będzie miał lokum co najmniej duże, jeśli nie gigantyczne. Nic bardziej mylnego. Nasz nowy host okazuje się mistrzem w upakowywaniu gości na metr kwadratowy. Kostas ma dwadzieścia parę lat, zaczął studia z filozofii na uniwersytecie w salonikach, ale najwyraźniej gdy ktoś mu przedstawił filozofię hedonistyczną i uznał że to nie jest to co chciałby robić, więc je rzucił. Zdążył jednak załatwić sobie mieszkanie współfinansowane przez Unię Europejską i Uniwersytet, więc nie musi płacić za czynsz, tylko za rachunki. Jako, że nie bardzo widzi siebie w jakiejkolwiek pracy, a po za tym w Grecji jest kryzys, nasz gospodarz spędza większość czasu „ciesząc się życiem”. Przy wejściu do mieszkania wisi duża skarbonka z napisem „jeśli masz jakieś drobne i chcesz wesprzeć nasz domowy budżet- nie krępuj się”. Dorzucamy się oczywiście. W ten sposób, jak co miesiąc, Kostas opłaci rachunki. &#8211; Dobra, chłopaki to są wszyscy- tutaj Kostas zatacza krąg ręką, a wszyscy, których jest naprawdę sporo na 40m2 siedziby naszego nowoczesnego hipisa, wydają przyjazne pomruki- to są chłopaki, którzy jadą na motocyklach dookoła świata- teraz nasza kolej na pomruki i witanie się. U Kostasa są ludzie ze wszystkich zakątków Europy i niektórych zakątków Azji. Spotykamy parę z Turcji w podróży dookoła Bałkanów, ekipę z Francji w podroży stopem do Indii, a także parę z Polski, która jeszcze nie dokładnie wie dokąd zmierza, ale za to dokładnie wie, że chce jechać. &#8211; Rozpakujcie się chłopaki i idziemy na obiad na Uniwersytet- zapowiada Kostas. Rozpakować się nie jest łatwo, bo każde wolne 30 cm zostało zajęte. Co powoduje, że raczej nie wybiera się miejsc wolnych, a mało zagęszczone. Wreszcie wynajdujemy mało zagęszczony fragment podłogi pod schodami i zrzucamy na malowniczą górkę wszystkie nasze motocyklowe torby. Nasz gospodarz daje sygnał do wymarszu i cała hałaśliwa i różnorodna grupa wyrusza na jedzenie. &#8211; Gdzie idziemy jeść?- pytam przewodnika. &#8211; Na Uniwersytet. Do kantyny- odpowiada. &#8211; Wiesz Kostas, nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale my nie jesteśmy tutejszymi studentami- stwierdzam z uśmiechem. &#8211; Ja też nie. Aha. Nie będę pytał, może czegoś nie zrozumiałem, może Uniwersytet to nazwa knajpy? Cholera wie w sumie, najlepiej poczekać, dotrzeć na miejsce i przekonać się samemu. Po drodze mijamy demonstrację, które odbywają się co tydzień w Salonikach. Głównie demonstrują ludzie młodzi. Wiemy generalnie o co chodzi protestującym: rząd chce wprowadzić politykę oszczędności, żeby dostać dotacje z Unii, co nie podoba się ludziom, bo oni uważają, że nie powinni płacić za błędy rządu. Ale i tak postanawiamy dostać informacje z pierwszej ręki. &#8211; Rząd chce, żebyśmy więcej i dłużej pracowali, i chcą cofnąć większość ulg, które przysługują studentom i wykładowcom, no i podwyższyć podatki, dlatego wychodzimy na ulice. A Wy byście nie wyszli? Nie komentujemy. Nie jestem ekonomistą, nie znam gospodarki w Grecji, w związku z tym trudno się wypowiedzieć. Jest jeszcze jeden aspekt rozruchów w Grecji. Okazuje się, że Grekom bardzo spadło zaufanie do banków, w związku z czym prawie nigdzie nie można płacić kartą, co nie było by tak problematyczne gdyby nie fakt, że podczas protestów w ramach demonstrowania swojego niezadowolenia ludzie dewastują bankomaty. Spędzamy więc dobre 40 minut chodząc po centrum miasta i szukając sposobu, żeby wypłacić kasę. Docieramy na miejsce i okazuje się, że dobrze zrozumiałem Kostasa. System działa tak: Uniwersytet dostaje dotacje na posiłki dla studentów, więc postawił nową, ładną kuchnie i posiłki wydaje. Zdaje się nawet, że obiady spełniają jakieś normy Unijne, jeżeli chodzi o różnorodność i skład etc. Jednak nikt nie sprawdza w momencie wydawania obiadu, czy masz legitymację, ani nawet czy mówisz po Grecku w związku z tym codziennie zwalają się tu tłumy młodych ludzi chętnych na darmowe jedzenie. Z jakiegoś powodu władze Uniwersytetu uznały, że egzekwowanie legitymacji lub innego dowodu studiowania spotka się z protestami ze strony studentów, więc od ponad pół roku nikt z tym nie walczy. Dzięki temu tak nasz gospodarz jak i jego goście mieli codziennie darmowe jedzenie. Pięknie. Po południu odbieramy dokumenty od kierowcy busa, który jechał z Wrocławia do Salonik. Dostajemy kartkę od moich rodziców i pierwsze pozdrowienia. Nie czuję jeszcze, że jesteśmy daleko od domu, ale miło mi się robi, że ktoś tam o nas cały czas pamięta i trzyma kciuki. Postanawiamy, żeby następnego dnia, nawet po południu wyruszyć w stronę Turcji. Spędzamy miły wieczór z całym gronem z Couchsurfingu i następnego dnia po przepakowaniu i ostatnim sprawdzeniu czy wszystko mamy, ruszamy do Azji. Nocujemy tuż przed granicą Turecką na opuszczonej plaży. Pierwszy i jeden z nielicznych razów rozkładamy namiot. Gotujemy, palimy shishę, siedzimy i słuchamy szumu morza. &#8211; Jutro zanim ruszymy ściągamy motocykle na piach- mówi Maks. &#8211; Nigdy nie jeździłem motocyklem po piachu- odpowiadam. Dobra, przyznaje- nie lubię offroadu. Nigdy nie lubiłem, nie miałem za dużego doświadczenia i nie byłem przekonany do specjalnego uwalania się w błocie od stóp do dziurek w nosie. Sama idea mnie nie przekonywała. &#8211; To trochę tak jak po lodzie tylko, że jak się wywalasz to musisz za każdym razem podnieść 170 kg- no, Maks mnie nie zachęcił.- nie będziesz zadowolony, ale i tak spróbujemy co? No spróbujemy. W końcu po to jedziemy, żeby próbować. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/">MXT 2012 Odc 06: O kryzysie w Grecji, wolnym internecie i tym czy należy mieć PLAN?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-czy-nalezy-miec-plan/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">426</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 05: Macedonia i Albania motocyklem (ale w biegu)</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:18:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Albania]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Macedonia]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=422</guid>

					<description><![CDATA[<p>Macedonia i Albania motocyklem to niesamowite doświadczenie. Szczególnie, że w ogóle ich nie planowaliśmy. Następnego dnia dogadaliśmy, co było do dogadania, z właścicielem hotelu, który przekonany, że tak bardzo się przywiązaliśmy do Grzyba Stefana (lub Romana różne wersje były), że zamierzamy wracać, z przyjemnością odstąpił nam schowek na rzeczy. Muszę przyznać, że w przeciwieństwie do Maksa zawsze miałem wątpliwości co do dobrych intencji ludzi, więc na wszelki wypadek zabrałem wszystko ze sobą co miało jakąkolwiek wartość, a resztę w myślach spisałem na ewentualne straty. W końcu czymś te potwory mieszkające w pokojach muszą karmić, moje ciuchy nadawały się dobrze do roli pokarmu jak cokolwiek innego. Zapakowaliśmy motocykle i ruszyliśmy do Macedonii, żeby choć przez parę dni spróbować poczuć klimat państwa Aleksandra Wielkiego. Do granicy dotarliśmy bez problemu, chociaż upał był niesamowity, ale wtedy jeszcze chłonęliśmy ciepło po wyjątkowo nijakim lecie w Polsce. Swoją drogą granice między państwami są materiałem na osobną książkę. Niesamowite jak człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że podczas wyjazdów po Europie nie ma kontroli paszportowej. Jesteś w jednym państwie, cyk, tablica i jesteś w drugim. Wygodnie. A jeszcze parę lat temu nawet na tych bardziej cywilizowanych granicach trzeba było stać i czekać. Jasne, jak wybierasz samolot jako sposób podróżowania to jakoś jesteś mentalnie przygotowany do pokazywania paszportu. To rytuał, zupełnie jak wyciąganie wszystkich metalowych przedmiotów i konfiskata pasty, wewnątrz której możesz przecież przewozić C4. Lub nożyczek do paznokci, którymi mógłbyś przecież sterroryzować całą załogę. Na początku mieliśmy lekki szok, gdy wjechaliśmy na Bałkany, bo oczywiście wiedzieliśmy, że kontrola paszportowa będzie, ale nie spodziewaliśmy się kolejki. Powoli jednak przyzwyczajaliśmy się do idei sprawdzania paszportów na granicach. Jednak każda następna, którą mijaliśmy była coraz bardziej „egzotyczna”. Z czasem przyzwyczailiśmy się także do tego, że trzeba liczyć cały dzień na pokonanie granicy. Bo celnik zobaczy papiery i stwierdzi, że to nie możliwe, że te motocykle są z Polski, pójdzie sprawdzić, zawoła kolegów, przyniosą herbatę, usiądą dookoła motocykli i zaczną debatować, zaproszą nas do „budy”, żebyśmy opowiedzieli o podróży. A może chcemy coś zjeść? A może przemycamy alkohol? Nie? A narkotyki? Nie? A chcecie może kupić jakieś? I cały ten rytuał powtarza się na każdej granicy. Czasem celnicy gniewnie popatrzą i potrzymają nas na słońcu 4 godziny, żebyśmy zmiękli, i żeby nam pokazać kto tu rządzi. Przekraczanie granicy to rytuał, który należy przejść zawsze ze spokojem i uśmiechem, a czasem z 10 dolarowym banknotem. Nie żeby się nie dało bez niego, ale czasem z nim można oszczędzić parę godzin. Ale wróćmy do granicy z grecko-macedońskiej. Udało nam się nawet nagrać cały proceder. Podjeżdżamy do granicy z otwartymi paszportami a celnik macha: „dalej, dalej”. Formalności zajęły w sumie jakieś 7 sekund. Super. Macedonia i Albania motocyklem stają się faktem. Zaraz za granicą postanawiamy się zatrzymać, zjeść coś i odpocząć. Po jedzeniu Maks standardowo zasypia. W ciągu całego tripu, pomimo, że znałem go od lat, za każdym razem byłem pod wrażeniem jego zdolności zasypiania przy każdej okazji i w każdym miejscu. Celnicy przetrzymują nasze paszporty dłużej niż 4 minuty? Drzemka. Odbieramy motocykle z terminalu i gość z biura poszedł coś skserować? Krótka drzemka przed jego biurkiem. Wsiadamy do autobusu, w którym nie można usiąść, żeby podjechać jeden przystanek? Drzemka na stojąco. Maks był swoistym mistrzem drzemki przy każdej okazji. Gdyby były mistrzostwa jestem pewny, że wróciłby z pucharem i nagrodą publiczności. Doprowadził zdolność spania w każdych warunkach do mistrzostwa, o którym normalny śmiertelnik mógł pomarzyć. Zjedliśmy jeden z naszych magicznych obiadów i mój towarzysz podróży poszedł trenować spanie, ja natomiast zacząłem wgryzać się w kolejną książkę. Obydwaj ocknęliśmy się ponieważ zaczęło kropić. Żaden tam deszcz, ale leciutka mżawka, która trwała góra 30 minut. Był to jedyny raz, gdy prowadziliśmy motocykle w deszczu aż do Malezji. Nie wiem czy to klasyfikuje się do farta roku, ale przyznacie, że 6 miesięcy słońca to niezły wynik. Wieczorem zatrzymujemy się w Prilepie. Naszym celem są jeziora Prespa i Ohrid, które zamierzamy objechać następnego dnia. W Prilepie nie zobaczyliśmy niestety niczego niesamowitego, natomiast spędzamy całkiem dużo czasu rozmawiając ze współwłaścicielką hostelu, w którym się zatrzymujemy. Bardzo płynnie mówi po angielsku z silnym brytyjskim akcentem. Okazuje się, że spędziła parę lat w okolicach Londynu pracując i odkładając na założenie hostelu. Opowiada nam o tym, że wielu młodych Macedończyków emigruje, gdy tylko ma okazję za lepszym życiem, lepszą płacą. Co tu dużo gadać- podobnie jak u nas. Następnego dnia żegnamy się i ruszamy zobaczyć jeziora o których już do tej pory sporo się nasłuchaliśmy. Staramy się unikać głównej drogi, ale jest to dość ciężkie bo przez większość czasu, no cóż… jest tylko jedna droga, chociaż pomimo tego moim zdaniem na miano głównej raczej nie zasługuje. Po jakimś czasie odbijamy nad jezioro Prespa i zatrzymujemy się nad samą wodą na jedzenie. Pusto, mijamy parę wiosek i żadnego hotelu, kurortu, nic, pomimo, że jezioro piękne. Nic tylko się cieszyć. Postanawiamy jeszcze tego samego dnia dotrzeć nad jezioro Ochrydzkie. Droga która łączy oba jeziora jest zdecydowanie najlepszą motocyklową drogą jaką do tej pory jechaliśmy. Zaczyna się na wysokości 950 m.n.p.m wjeżdża się na 1600 m.n.p.m, gdzie mogliśmy podziwiać zachód słońca nad jeziorem Ochrydzkim i zostawiliśmy pierwszą z naszych wyprawowych naklejek i zjeżdża się ponownie na dół. Wszystko to na 30 km drogi. Piękne zakończenie dnia. Dojeżdżamy w okolice miasta i szukamy noclegu. Wszędzie strasznie drogo, ceny pod turystów raczej z Europy zachodniej, a większość napisów jest po niemiecku. Fakt, że Maks zaczyna próbować dogadać się z właścicielami właśnie w tym języku wcale nam nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Gdy tylko zaczynamy mówić po niemiecku cena skacze 50% w góry, wracamy więc do sprawdzonego zestawu, czyli bardzo wolno po Polsku i dużo machania łapami. Po pewnym czasie trafiamy na właściciela hotelu, który pomimo, że mamy noc wygląda jeszcze na wczorajszego. &#8211; Polacy?- pyta z uśmiechem. &#8211; Tak- odpowiadamy szybko. Byle nas za Niemców nie wziął. &#8211; Wczoraj byli u mnie Polacy, zostawili samochód i pojechali na rowery dookoła jeziora- uśmiecha się- fajni ludzie. &#8211; To tak jak my. My też Polacy i też fajni. &#8211; Dobra, znajdę dla Was pokój w promocji, i motocykle możecie wstawić do restauracji- macha ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Ucieszony kiwam głową i ignoruję info o restauracji. Była taka godzina, że gdyby nawet zaproponował wstawienie motocykli do łazienki na 4 piętrze i musielibyśmy być przy tym ubrani w bikini to też bym z ochotą kiwnął głową. Po chwili okazuję się, że jednak nasz nowy przyjaciel nie żartował, mają na dole hotelu restaurację, rozsuwa stoliki i mówi: &#8211; Wjeżdżajcie, tylko jutro przed 12 musicie wyjechać, bo o 12 otwieramy. Sanepid nie byłby chyba zachwycony. Kładziemy się spać z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia. Wstajemy i pakujemy się. W planach objechanie jeziora i powrót do Salonik, więc dzień będzie długi. Zatrzymujemy się jeszcze w sklepie, żeby wydać ostatnie Macedońskie banknoty i jako, że jesteśmy mistrzami ekonomii obliczamy co kupić według współczynnika wyjazdowego (WspW)= ilość kalorii/gramy/cena. Wychodzi nam, że na śniadanie będzie chleb i pół kilo białego, bliżej nieznanego nam sera. Pakujemy wszystko i jedziemy poszukiwać miejsca na śniadaning. Pogoda przepiękna, jezioro za dnia oczarowało nas jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru. Zjeżdżamy z drogi nad samą wodę i rozpoczynamy ucztę. Robimy parę zdjęć. Ochrid to jezioro, które ma najczystszą wodę jaką w życiu widziałem. Słyszymy dźwięk motocykla zjeżdżającego do nas z drogi. Obracamy się, gościem okazuje się Hiszpan na najnowszym BMW. Patrzę na tablice i z podziwem stwierdzam: &#8211; Kawał drogi z tej Hiszpani, długo jechałeś? &#8211; Nie, nie tak bardzo- ucina- a Wy skąd? Dokąd? Maks opowiada, ja w międzyczasie podziwiam motocykl. Piękna maszyna, świetnie wyposażona, wersja stworzona do dalekich podróży, kufry, dodatkowe oświetlenie, płyta pod silnik, wielki bak, wszystko o czy można zamarzyć. Wszystko o czym marzyliśmy wyjeżdżając w podróż taką jak nasza. Nasze 10 letnie Xteki wyglądają przy jego motocyklu niczym motorynki z odzysku. Maks skończył opowiadać. &#8211; A którędy jechałeś? O Alpy zahaczyłeś? – pytam, bo już kiedyś byłem w tych rejonach starą, dobrą Virago 535. &#8211; Nie. &#8211; O szkoda, mogę polecić parę miejsc jak będziesz wracał. &#8211; Ja w zasadzie wysłałem motocykl z Barcelony prawie aż tutaj statkiem. Tu zrobię kółko i wysyłam go z powrotem. Taki wiecie- trip na trzy tygodnie. Gadamy jeszcze chwilę i Hiszpan odjeżdża w drugim kierunku. Uśmiechamy się do siebie. Obaj myślimy o tym samym. To jak kupno 30 letniej whisky, żeby ją postawić na półce i patrzeć jak się starzeje. Daje satysfakcje, ale nie sprawia automatycznie, że jesteś koneserem whisky. Ruszamy dalej. Droga do Salonik jest przepiękna. Winkiel za winklem, równy asfalt. W takich chwilach można na prawdę poczuć po co ludzie wsiadają na motocykl. Każdy zakręt sprawia frajdę. Każdy to kolejna dawka adrenaliny, ale też uczucie wolności. Takie, które bardzo kojarzy się z tym opisywanym przez pilotów. Jesteś tylko Ty, motocykli i droga przed Tobą. Czerpiesz przyjemność z samej jazdy, nie myślisz o niczym więcej. Kask jest granicą, która odcina Cię od świata zewnętrznego i pozwala o nim zapomnieć. Poza tym małym fragmentem drogi, który jest przed Tobą. To jest Twój cel. A w chwilach takich ja ta nie liczy się nic innego. Jedziemy jak w transie zatrzymując się dopiero, gdy motocykle wyraźnie sygnalizują nam, że ostatnie opary benzyny się ulotniły. Tankujemy z kanistrów i po paru godzinach docieramy do Salonik, gdzie właściciel hostelu i Stefan już na nas czekają. Nasze rzeczy również. Następnego dnia mają przyjść dokumenty i wyruszymy do Azji. Nie możemy już się doczekać. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/">MXT 2012 Odc 05: Macedonia i Albania motocyklem (ale w biegu)</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-macedonia-i-albania-motocyklem/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">422</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 04: O gotowaniu, walce z komarami i jeździe motocyklem po Grecji</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:06:50 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=420</guid>

					<description><![CDATA[<p>Pierwszy raz w życiu wjeżdżamy motocyklem do Grecji! Ale wróćmy do początku dnia. Znowu wstajemy z kurami. Czyli zostajemy obudzeni przez naszego recepcjonistę o 10. &#8211; Ktoś ma zarezerwowane te łóżka już od 15 minut- oznajmia. To przynajmniej będzie miał je ciepłe- myślę, ale zbieram się grzecznie i zaczynam pakować. Wychodzimy przed hostel, pakujemy motocykle i ruszamy ku Bułgarii. Po drodze zatrzymujemy się na ekskluzywnym Rumuńskim parkingu (trzy ławeczki- z czego jedna kompletna- i pół stolika) i gotujemy. Gotowanie powinno być osobnym rozdziałem tej wyprawy. Zacznijmy od naszego sprzętu: mieliśmy ze sobą, podarowaną nam wcześniej, kuchenkę na paliwo. Jest to genialne rozwiązanie ponieważ wielokrotnie po prostu spuszczaliśmy trochę paliwa z motocykla, żeby przygotować sobie obiad, a raz również spuszczaliśmy trochę paliwa z kuchenki, żeby motocykl się nie zatrzymał. Poza kuchenką mieliśmy standardowy zestaw dwóch garnko-menażek, z których, także standardowo, oba osmaliły się i powyginały trochę już drugiego dnia jazdy. Jest jakiaś magia w tym, że wrzucasz do bagażu względnie nowy sprzęt, a po paru dniach masz już coś co przypomina wyposażenie człowieka który na gotowaniu w dziczy spędził połowę życia. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, bo wygląd zniszczonych menażek, dźwięk odpalanej kuchenki, i nasze wygłodniałe, zarośnięte spojrzenia wlepione w zawartość tego co na kuchence, często odstraszały intruzów. Po za tym w ten sposób pośrednio gubiliśmy wygląd żółtodziobów podróżniczych. Tylko wygląd, bo doświadczenie przychodziło znacznie później. Wracając do gotowania: na początku nasza taktyka, pomimo, że obaj mieliśmy opanowane umiejętności kucharskie na etapie wyższym niż jajecznica, opierała się na jednej technice. Znajdujemy to co jest najtańsze w danym kraju, dorzucamy najtańsze mięso (z całym szacunkiem dla wegetarian- jedyny posiłek bez mięsa, który nasze żołądki tolerowały to zupa chmielowa potocznie zwana piwem), dorzucamy makaron/ryż/kaszę i voila! Nie było to może wyszukane jedzenie, ale było szybkie i sycące. Kontynuowaliśmy tą taktykę, aż do Turcji, gdzie po prostu nie mogliśmy odpuścić Tureckiej kuchni. Potem już zdecydowanie taniej było znaleźć rozsądną knajpę niż gotować samemu. Po za tym jednym z ważniejszych powodów, dla którego pojechaliśmy na tą wyprawę było spróbowanie wszystkiego do czego znaleźliśmy dostęp w danym kraju. Im dziwniejsze tym lepiej. Właśnie z tego powodu bardzo długo nie wracaliśmy do gotowania na naszej kuchence. Gotujemy więc pyszne danie, które Maks nazwał pizzą bez ciasta, jemy i jedziemy dalej. W Bułgarii zatrzymujemy się mieście Veliko Tarnovo, które słynie z wartych zwiedzenia ruin zamku. Akurat gdy wjeżdżamy możemy zobaczyć pokaz, który odbywa się tu co noc, czyli podświetlanie zamku przez różnobarwne halogeny. Pięknie, chociaż nie na tyle, żeby obrać to miejsce za cel podróży. Według przewodnika Veliko Tarnowo to jedno z najstarszych miast w Bułgarii. Można to poczuć przejeżdżając po wąskich uliczkach. Znajdujemy mały hostelik, gdzie za śmieszne pieniądze właściciel znajduje miejsce dla nas i naszych motocykli. Następnego dnia faktycznie wstajemy wcześniej i jedziemy zwiedzać zamek zanim wyruszymy w dalszą drogę. Miejsce naprawdę malownicze, ale efekt psuje pogoda. 36 stopni Celsjusza zniechęca do każdej nagrzanej, kamiennej budowli. Siadamy, kręcimy krótki film i w drogę do Sofii. Podróż mija bardzo szybko i lekko. Dojeżdżamy do Sofii i tu się okazuje, że nasz host, a kumpel Maksa, jednak nie będzie mógł nas przenocować. Stajemy pod małym sklepikiem i zastanawiamy się co dalej. Maks idzie kupić jedzenie, a ja zostaje przy XT’kach. Podchodzi do mnie ni to żul ni to samuraj ulicy i łamanym angielskim (sic!) oznajmia: &#8211; To miasto brzydkie, po co przyjechali? No cóż, tylko przez nie przejechałem, więc się kłócił nie będę. Po krótkiej rozmowie stwierdzam, ze to jest znak i gdy tylko Maks wychodzi z jedzeniem zarządzam: jedziemy dalej. &#8211; Spoko, to może nawet lepiej, jutro za to odpoczniemy &#8211; odpowiada Maks. Swoją drogą sporo tak odpuściliśmy miejsc w Europie i Azjatyckiej części Turcji ze względu na czas. Byliśmy 3 tygodnie w plecy, a wydawało nam się, że wszystko co bliżej niż 3000 km od Polski możemy zobaczyć kiedyś w przyszłości. Powtarza się schemat z dojazdu do Bukaresztu i nie możemy przestać jechać. Ok 3:00 znajdujemy na mapie jezioro w Grecji o wdzięcznej nic nie mówiącej nam nazwie: Kerkinis, gdzie wiedziony doświadczeniem ze wcześniejszych tripów chcę szukać noclegu. Dojeżdżamy na miejsce już kompletnie po ciemku i w zasadzie prowadzeni bardziej nawigacją niż tym co widzieliśmy wjeżdżamy na małą polankę między drzewami, która schodzi z drogi aż do samego jeziora. Ziemia nie jest ogrodzona, nie widzieliśmy też wcześniej żadnych domów, więc zakładamy, że nie obudzi nas właściciel z widłami w dłoni. Znajdujemy dogodne miejsce tak, żeby nie było nas widać z drogi i rozbijamy obóz. Oczywiście bez namiotu, same karimaty pod gołym niebem. Nie zdążyliśmy się jeszcze położyć, a nagle słychać jakieś odgłosy. &#8211; Coś się chyba zbliża- szepcze Maks. Kurde, słyszę właśnie. I to nie jest człowiek. Nagle orientuje się, że to nie pojedynczy dźwięk, jest ich więcej i dobiegają z wielu miejsc. Umysł zabawnie działa w takich sytuacjach. Zacząłem się zastanawiać jakie groźne zwierzęta mogą żyć w Greckim lesie. Wyszło mi, że centaury. Bezszelestnie obaj wyciągamy latarki i kierując na najbliższy dźwięk odpalamy światło. Naszym oczom ukazuje się stado koni. Zwierzaki narobiły nam trochę strachu, ale są bardzo towarzyskie, więc szybko się z nimi zapoznajemy i pozujemy wspólnie do zdjęć. Po chwili wychodzi także na jaw po co konie nas odwiedziły. Dobierają się do naszych zapasów jedzenia. Maks pomimo moich protestów rozdaje wszystko co mamy, a konie mogą zjeść. Zostajemy bez śniadania, ale za to z pierwszymi znajomymi w Grecji. Po krótkiej naradzie postanawiamy przenieść obóz na sąsiednią polankę. Słyszałem, że koń nigdy nie nastąpi na leżącego człowieka, ale po co ryzykować pobudkę z kopytem w oku? Zbieramy rzeczy i przenosimy się poza zasięg nieparzystokopytnych i już mamy zasnąć, ale niestety ponownie nam się to nie udaje. Gdzie woda tam i komary, więc leżymy i toczymy bój z insektami. Ze śpiworów wystają nam tylko twarze ale owady nie dają za wygraną i raz po raz znajdują nowe miejsce, żeby nas użreć. Mamy niby gdzieś kremy, ale nie wiemy gdzie i żaden z nas nie chce wstawać i grzebać przy motocyklach. Po chwili słyszę Maksa: &#8211; Wiesz co? Może komary nie lubią benzyny? &#8211; Co? – czasami ciężko mi nadążyć za jego tokiem myślenia. &#8211; No może komary nie lubią benzyny. Weźmy trochę benzyny z kuchenki, wysmarujmy twarze, a pewnie nie będą nas gryzły- mówi Maks, jakby to było najlepsze rozwiązanie jakie w ogóle istnieje. &#8211; Głupi pomysł – stwierdzam- będziemy śmierdzieć i dalej nas będą żarły. Cisza. Przerywana tylko plaśnięciami świadczącymi o naszej nierównej walce. &#8211; Dobra, dawaj tą kuchenkę- kapituluję. Tak oto przekazuję Wam kolejną porcję zdobytej w pocie czoła wiedzy: komarom benzyna jest kompletnie obojętna. *** Rano budzą nas poławiacze czegoś co pływa w jeziorze. Chyba małże. Podchodzą zdziwieni widokiem postawionych motocykli. Próbujemy nawiązać jakiś dialog, ale niestety nic nam z tego nie wychodzi. Postanawiamy spakować się, umyć naczynia i ruszać dalej do Salonik. Wychodzi pierwsza rzecz, której zapomnieliśmy: czegokolwiek do mycia sprzętu kuchennego. Bez gąbki jeszcze sobie jakoś radzimy, ale wymiana płynu do mycia naczyń na Maksa żel pod prysznic marki Korsarz okazuje się fatalnym błędem. Następne trzy posiłki smakują lekko „żeglarsko”, ale za to według zapewnień producenta pachną bardzo świeżo. Widok jeziora o poranku wynagradza nocne zmaganie z komarami. Idealnie równa tafla wody, niebieskie niebo i widok na horyzoncie gór cieszył by chyba najbardziej wymagającego podróżnika. Idealne miejsce na śniadaning. Śniadaning został wynaleziony przy okazji mojej poprzedniej wyprawy- EXT 2011. Z grubsza polega na tym, aby wybierać w nocy, po ciemku miejsca, które potencjalnie rano mogą rano zaprzeć dech w piersi. Rano budzisz się i jeśli trafiłeś- zjadasz w tych przemiłych okolicznościach śniadanie. Powoduje to przyklejenie uśmiechu na twarz na resztę dnia. Zjadamy więc to co konie nam pozostawiły- czyli puszki z przysmakiem śniadaniowym- rozkoszując się widokiem. Bez problemów docieramy do Salonik, gdzie znowu nie mamy hosta. Jedyna osoba, która nam odpowiedziała stwierdziła, że w tym momencie ma w domu 16 osób, i że za dwa trzy dni będzie miała wolne miejsca jak chcemy poczekać. Jako, że mamy czas postanawiamy znaleźć najtańszy hotel jaki w ogóle jest w tym Greckim mieście. W wyniku poszukiwań lądujemy w pokoju we dwóch z nowym lokatorem. Grzyb na ścianie jest tak monstrualny, że wcześniej nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Słowo daje, ta ściana była bardzo blisko od otrzymania daru samoświadomości. Postanowiliśmy ochrzcić grzyba Stefanem i poprosiliśmy go o pilnowanie naszych rzeczy, gdy nas nie będzie w pokoju. Sami ruszamy na podbój Salonik. Saloniki to drugie co do wielkości miasto w Grecji i pierwsze miasto, które faktycznie zwiedziliśmy z przewodnikiem w ręce. I chyba jedno z nielicznych. Dużo częściej zwiedzaliśmy z lokalnym mieszkańcem, zazwyczaj- naszym hostem. Polecam ten drugi sposób zwiedzania, dużo bardziej ciekawy. Miasto pomimo braku przewodnika bardzo przypadło mi do gustu. Spędzamy długie godziny na gubieniu się w uliczkach pomiędzy jednym a drugim zabytkiem i nie zauważamy nawet, gdy robi się ciemno. Nic nie jedliśmy cały dzień, więc kierujemy się do małej knajpy. Prawie nikogo nie ma, ale zamawiamy posiłek i piwo i siedzimy i gadamy. &#8211; Skąd jesteście?- pyta nas kelner. &#8211; Polska- odpowiadam uśmiechając się. Kończymy jeść po dość długim czasie. Kelner przynosi nam po małym deserze pomimo, że nic nie zamawialiśmy. &#8211; Na koszt firmy, dla takich miłych chłopaków z daleka- mruga do nas. Dziwne. Rozglądam się dookoła. Wszystkie stoliki zajęte przez jednopłciowe pary lub większe grupki. &#8211; Maks chyba nie najlepiej trafiliśmy- zauważam łącząc bardzo powoli fakty. &#8211; Darmowy deser- odpowiada Maks. Argument ostateczny. Potem dowiedzieliśmy się od naszego hosta, który umierał ze śmiechu jak mu opowiadaliśmy o pierwszym dniu w Salonikach, że jest jedno takie miejsce znane w całych Salonikach, znane z… ukierunkowania pod odpowiednią grupę klienteli. Na następny dzień postanawiamy, że trzeba przejrzeć bagaże, żeby sprawdzić czy wszystko na pewno mamy. W końcu jeszcze jesteśmy w Europie i jak coś to rodzice mogą nam dosłać rzeczy z Polski. Okazuje się, że zapomniałem rękawic na zimniejsze noce, a Maks kominiarki i kołnierza. Na szczęście on wziął dodatkowe rękawicę, a ja bonusową kominiarkę. To się nazywa wyczucie! Kołnierz postanawiamy przeboleć i kupić po drodze. Przeglądamy dokumenty. Nagle, aż mnie zatyka. &#8211; Maks, zapomniałem prawa jazdy. Śmieszne, gdyby to się jemu zdarzyło to bym się wkurzył. Maks natomiast wybuchnął śmiechem. &#8211; Podróżnik! Motocyklista bez prawa jazdy! Jedzie w wyprawę dookoła świata- nabijał się ze mnie. Po chwili też zacząłem się śmiać. Dzwonię do Polski. &#8211; No, mamy Twoje prawo jazdy, zostało w drugiej kurtce- odpowiada mi tato.- jutro pokombinuje jak Ci to wysłać, musicie parę dni poczekać. Kończę rozmowę i mówię Maskowi, że zostajemy w Salonikach na parę dni. Znajduję też, po chwili prawo jazdy międzynarodowe. Zaczynam się zastanawiać, w końcu w Salonikach jesteśmy od dwóch dni, widzieliśmy większość tego co chcieliśmy zobaczyć, w sumie nie jesteśmy tak strasznie przywiązani, żeby zostawać w tym samym miejscu. &#8211; A może się gdzieś przejedziemy przez te parę dni- rzucam pokazując mojemu towarzyszowi podróży międzynarodowe prawo jazdy- zostawimy tu bagaże i wrócimy jak dokumenty będą dojeżdżały. &#8211; Ok, gdzie? &#8211; Macedonia, tam nas jeszcze nie było. Następny argument ostateczny, którego często używaliśmy. Czemu tam jedziemy? Bo nas tam jeszcze nie było to przecież oczywiste. I w ten sposób dopisaliśmy do planu podróży dwa państwa, których na nim nie było. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/">MXT 2012 Odc 04: O gotowaniu, walce z komarami i jeździe motocyklem po Grecji</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/europa/grecja/mxt-2012-motocyklem-po-grecji/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">420</post-id>	</item>
	</channel>
</rss>
