Grecja

MXT 2012 Odc 04: O gotowaniu, walce z komarami i jeździe motocyklem po Grecji

Pierwszy raz w życiu wjeżdżamy motocyklem do Grecji! Ale wróćmy do początku dnia.

Znowu wstajemy z kurami. Czyli zostajemy obudzeni przez naszego recepcjonistę o 10.

– Ktoś ma zarezerwowane te łóżka już od 15 minut- oznajmia.

To przynajmniej będzie miał je ciepłe- myślę, ale zbieram się grzecznie i zaczynam pakować. Wychodzimy przed hostel, pakujemy motocykle i ruszamy ku Bułgarii. Po drodze zatrzymujemy się na ekskluzywnym Rumuńskim parkingu (trzy ławeczki- z czego jedna kompletna- i pół stolika) i gotujemy.

P1010365

Gotowanie powinno być osobnym rozdziałem tej wyprawy.

Zacznijmy od naszego sprzętu: mieliśmy ze sobą, podarowaną nam wcześniej, kuchenkę na paliwo. Jest to genialne rozwiązanie ponieważ wielokrotnie po prostu spuszczaliśmy trochę paliwa z motocykla, żeby przygotować sobie obiad, a raz również spuszczaliśmy trochę paliwa z kuchenki, żeby motocykl się nie zatrzymał. Poza kuchenką mieliśmy standardowy zestaw dwóch garnko-menażek, z których, także standardowo, oba osmaliły się i powyginały trochę już drugiego dnia jazdy. Jest jakiaś magia w tym, że wrzucasz do bagażu względnie nowy sprzęt, a po paru dniach masz już coś co przypomina wyposażenie człowieka który na gotowaniu w dziczy spędził połowę życia. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, bo wygląd zniszczonych menażek, dźwięk odpalanej kuchenki, i nasze wygłodniałe, zarośnięte spojrzenia wlepione w zawartość tego co na kuchence, często odstraszały intruzów. Po za tym w ten sposób pośrednio gubiliśmy wygląd żółtodziobów podróżniczych. Tylko wygląd, bo doświadczenie przychodziło znacznie później.

Wracając do gotowania: na początku nasza taktyka, pomimo, że obaj mieliśmy opanowane umiejętności kucharskie na etapie wyższym niż jajecznica, opierała się na jednej technice. Znajdujemy to co jest najtańsze w danym kraju, dorzucamy najtańsze mięso (z całym szacunkiem dla wegetarian- jedyny posiłek bez mięsa, który nasze żołądki tolerowały to zupa chmielowa potocznie zwana piwem), dorzucamy makaron/ryż/kaszę i voila!

Nie było to może wyszukane jedzenie, ale było szybkie i sycące. Kontynuowaliśmy tą taktykę, aż do Turcji, gdzie po prostu nie mogliśmy odpuścić Tureckiej kuchni. Potem już zdecydowanie taniej było znaleźć rozsądną knajpę niż gotować samemu. Po za tym jednym z ważniejszych powodów, dla którego pojechaliśmy na tą wyprawę było spróbowanie wszystkiego do czego znaleźliśmy dostęp w danym kraju.

Im dziwniejsze tym lepiej.

Właśnie z tego powodu bardzo długo nie wracaliśmy do gotowania na naszej kuchence.

Gotujemy więc pyszne danie, które Maks nazwał pizzą bez ciasta, jemy i jedziemy dalej.

P1010436

W Bułgarii zatrzymujemy się mieście Veliko Tarnovo, które słynie z wartych zwiedzenia ruin zamku. Akurat gdy wjeżdżamy możemy zobaczyć pokaz, który odbywa się tu co noc, czyli podświetlanie zamku przez różnobarwne halogeny. Pięknie, chociaż nie na tyle, żeby obrać to miejsce za cel podróży. Według przewodnika Veliko Tarnowo to jedno z najstarszych miast w Bułgarii.

Można to poczuć przejeżdżając po wąskich uliczkach.

Znajdujemy mały hostelik, gdzie za śmieszne pieniądze właściciel znajduje miejsce dla nas i naszych motocykli. Następnego dnia faktycznie wstajemy wcześniej i jedziemy zwiedzać zamek zanim wyruszymy w dalszą drogę. Miejsce naprawdę malownicze, ale efekt psuje pogoda. 36 stopni Celsjusza zniechęca do każdej nagrzanej, kamiennej budowli. Siadamy, kręcimy krótki film i w drogę do Sofii.

Podróż mija bardzo szybko i lekko. Dojeżdżamy do Sofii i tu się okazuje, że nasz host, a kumpel Maksa, jednak nie będzie mógł nas przenocować. Stajemy pod małym sklepikiem i zastanawiamy się co dalej. Maks idzie kupić jedzenie, a ja zostaje przy XT’kach. Podchodzi do mnie ni to żul ni to samuraj ulicy i łamanym angielskim (sic!) oznajmia:

P1010493

– To miasto brzydkie, po co przyjechali?

No cóż, tylko przez nie przejechałem, więc się kłócił nie będę. Po krótkiej rozmowie stwierdzam, ze to jest znak i gdy tylko Maks wychodzi z jedzeniem zarządzam: jedziemy dalej.

– Spoko, to może nawet lepiej, jutro za to odpoczniemy – odpowiada Maks.

Swoją drogą sporo tak odpuściliśmy miejsc w Europie i Azjatyckiej części Turcji ze względu na czas. Byliśmy 3 tygodnie w plecy, a wydawało nam się, że wszystko co bliżej niż 3000 km od Polski możemy zobaczyć kiedyś w przyszłości.

Powtarza się schemat z dojazdu do Bukaresztu i nie możemy przestać jechać.

Ok 3:00 znajdujemy na mapie jezioro w Grecji o wdzięcznej nic nie mówiącej nam nazwie: Kerkinis, gdzie wiedziony doświadczeniem ze wcześniejszych tripów chcę szukać noclegu. Dojeżdżamy na miejsce już kompletnie po ciemku i w zasadzie prowadzeni bardziej nawigacją niż tym co widzieliśmy wjeżdżamy na małą polankę między drzewami, która schodzi z drogi aż do samego jeziora. Ziemia nie jest ogrodzona, nie widzieliśmy też wcześniej żadnych domów, więc zakładamy, że nie obudzi nas właściciel z widłami w dłoni. Znajdujemy dogodne miejsce tak, żeby nie było nas widać z drogi i rozbijamy obóz. Oczywiście bez namiotu, same karimaty pod gołym niebem. Nie zdążyliśmy się jeszcze położyć, a nagle słychać jakieś odgłosy.

P1010459

– Coś się chyba zbliża- szepcze Maks.

Kurde, słyszę właśnie.

I to nie jest człowiek.

Nagle orientuje się, że to nie pojedynczy dźwięk, jest ich więcej i dobiegają z wielu miejsc. Umysł zabawnie działa w takich sytuacjach. Zacząłem się zastanawiać jakie groźne zwierzęta mogą żyć w Greckim lesie. Wyszło mi, że centaury. Bezszelestnie obaj wyciągamy latarki i kierując na najbliższy dźwięk odpalamy światło. Naszym oczom ukazuje się stado koni. Zwierzaki narobiły nam trochę strachu, ale są bardzo towarzyskie, więc szybko się z nimi zapoznajemy i pozujemy wspólnie do zdjęć. Po chwili wychodzi także na jaw po co konie nas odwiedziły. Dobierają się do naszych zapasów jedzenia. Maks pomimo moich protestów rozdaje wszystko co mamy, a konie mogą zjeść. Zostajemy bez śniadania, ale za to z pierwszymi znajomymi w Grecji.

Po krótkiej naradzie postanawiamy przenieść obóz na sąsiednią polankę.

Słyszałem, że koń nigdy nie nastąpi na leżącego człowieka, ale po co ryzykować pobudkę z kopytem w oku? Zbieramy rzeczy i przenosimy się poza zasięg nieparzystokopytnych i już mamy zasnąć, ale niestety ponownie nam się to nie udaje.

Gdzie woda tam i komary, więc leżymy i toczymy bój z insektami. Ze śpiworów wystają nam tylko twarze ale owady nie dają za wygraną i raz po raz znajdują nowe miejsce, żeby nas użreć. Mamy niby gdzieś kremy, ale nie wiemy gdzie i żaden z nas nie chce wstawać i grzebać przy motocyklach. Po chwili słyszę Maksa:

– Wiesz co? Może komary nie lubią benzyny?

– Co? – czasami ciężko mi nadążyć za jego tokiem myślenia.
– No może komary nie lubią benzyny. Weźmy trochę benzyny z kuchenki, wysmarujmy twarze, a pewnie nie będą nas gryzły- mówi Maks, jakby to było najlepsze rozwiązanie jakie w ogóle istnieje.
– Głupi pomysł – stwierdzam- będziemy śmierdzieć i dalej nas będą żarły.

P1010528

Cisza. Przerywana tylko plaśnięciami świadczącymi o naszej nierównej walce.
– Dobra, dawaj tą kuchenkę- kapituluję.
Tak oto przekazuję Wam kolejną porcję zdobytej w pocie czoła wiedzy: komarom benzyna jest kompletnie obojętna.

***

Rano budzą nas poławiacze czegoś co pływa w jeziorze. Chyba małże. Podchodzą zdziwieni widokiem postawionych motocykli. Próbujemy nawiązać jakiś dialog, ale niestety nic nam z tego nie wychodzi. Postanawiamy spakować się, umyć naczynia i ruszać dalej do Salonik. Wychodzi pierwsza rzecz, której zapomnieliśmy: czegokolwiek do mycia sprzętu kuchennego. Bez gąbki jeszcze sobie jakoś radzimy, ale wymiana płynu do mycia naczyń na Maksa żel pod prysznic marki Korsarz okazuje się fatalnym błędem. Następne trzy posiłki smakują lekko „żeglarsko”, ale za to według zapewnień producenta pachną bardzo świeżo.

Widok jeziora o poranku wynagradza nocne zmaganie z komarami.

Idealnie równa tafla wody, niebieskie niebo i widok na horyzoncie gór cieszył by chyba najbardziej wymagającego podróżnika. Idealne miejsce na śniadaning. Śniadaning został wynaleziony przy okazji mojej poprzedniej wyprawy- EXT 2011. Z grubsza polega na tym, aby wybierać w nocy, po ciemku miejsca, które potencjalnie rano mogą rano zaprzeć dech w piersi. Rano budzisz się i jeśli trafiłeś- zjadasz w tych przemiłych okolicznościach śniadanie. Powoduje to przyklejenie uśmiechu na twarz na resztę dnia. Zjadamy więc to co konie nam pozostawiły- czyli puszki z przysmakiem śniadaniowym- rozkoszując się widokiem.

Bez problemów docieramy do Salonik, gdzie znowu nie mamy hosta.

Jedyna osoba, która nam odpowiedziała stwierdziła, że w tym momencie ma w domu 16 osób, i że za dwa trzy dni będzie miała wolne miejsca jak chcemy poczekać. Jako, że mamy czas postanawiamy znaleźć najtańszy hotel jaki w ogóle jest w tym Greckim mieście. W wyniku poszukiwań lądujemy w pokoju we dwóch z nowym lokatorem. Grzyb na ścianie jest tak monstrualny, że wcześniej nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Słowo daje, ta ściana była bardzo blisko od otrzymania daru samoświadomości. Postanowiliśmy ochrzcić grzyba Stefanem i poprosiliśmy go o pilnowanie naszych rzeczy, gdy nas nie będzie w pokoju.

P1010602

Sami ruszamy na podbój Salonik.

Saloniki to drugie co do wielkości miasto w Grecji i pierwsze miasto, które faktycznie zwiedziliśmy z przewodnikiem w ręce. I chyba jedno z nielicznych. Dużo częściej zwiedzaliśmy z lokalnym mieszkańcem, zazwyczaj- naszym hostem. Polecam ten drugi sposób zwiedzania, dużo bardziej ciekawy. Miasto pomimo braku przewodnika bardzo przypadło mi do gustu. Spędzamy długie godziny na gubieniu się w uliczkach pomiędzy jednym a drugim zabytkiem i nie zauważamy nawet, gdy robi się ciemno. Nic nie jedliśmy cały dzień, więc kierujemy się do małej knajpy. Prawie nikogo nie ma, ale zamawiamy posiłek i piwo i siedzimy i gadamy.

– Skąd jesteście?- pyta nas kelner.
– Polska- odpowiadam uśmiechając się.

Kończymy jeść po dość długim czasie.

Kelner przynosi nam po małym deserze pomimo, że nic nie zamawialiśmy.

– Na koszt firmy, dla takich miłych chłopaków z daleka- mruga do nas.

Dziwne. Rozglądam się dookoła. Wszystkie stoliki zajęte przez jednopłciowe pary lub większe grupki.

– Maks chyba nie najlepiej trafiliśmy- zauważam łącząc bardzo powoli fakty.
– Darmowy deser- odpowiada Maks. Argument ostateczny.

Potem dowiedzieliśmy się od naszego hosta, który umierał ze śmiechu jak mu opowiadaliśmy o pierwszym dniu w Salonikach, że jest jedno takie miejsce znane w całych Salonikach, znane z… ukierunkowania pod odpowiednią grupę klienteli.

Na następny dzień postanawiamy, że trzeba przejrzeć bagaże, żeby sprawdzić czy wszystko na pewno mamy. W końcu jeszcze jesteśmy w Europie i jak coś to rodzice mogą nam dosłać rzeczy z Polski. Okazuje się, że zapomniałem rękawic na zimniejsze noce, a Maks kominiarki i kołnierza. Na szczęście on wziął dodatkowe rękawicę, a ja bonusową kominiarkę. To się nazywa wyczucie! Kołnierz postanawiamy przeboleć i kupić po drodze.

Przeglądamy dokumenty. Nagle, aż mnie zatyka.

– Maks, zapomniałem prawa jazdy. Śmieszne, gdyby to się jemu zdarzyło to bym się wkurzył. Maks natomiast wybuchnął śmiechem.
– Podróżnik! Motocyklista bez prawa jazdy! Jedzie w wyprawę dookoła świata- nabijał się ze mnie. Po chwili też zacząłem się śmiać. Dzwonię do Polski.
– No, mamy Twoje prawo jazdy, zostało w drugiej kurtce- odpowiada mi tato.- jutro pokombinuje jak Ci to wysłać, musicie parę dni poczekać.

Kończę rozmowę i mówię Maskowi, że zostajemy w Salonikach na parę dni. Znajduję też, po chwili prawo jazdy międzynarodowe. Zaczynam się zastanawiać, w końcu w Salonikach jesteśmy od dwóch dni, widzieliśmy większość tego co chcieliśmy zobaczyć, w sumie nie jesteśmy tak strasznie przywiązani, żeby zostawać w tym samym miejscu.
– A może się gdzieś przejedziemy przez te parę dni- rzucam pokazując mojemu towarzyszowi podróży międzynarodowe prawo jazdy- zostawimy tu bagaże i wrócimy jak dokumenty będą dojeżdżały.
– Ok, gdzie?
– Macedonia, tam nas jeszcze nie było. Następny argument ostateczny, którego często używaliśmy. Czemu tam jedziemy? Bo nas tam jeszcze nie było to przecież oczywiste.

I w ten sposób dopisaliśmy do planu podróży dwa państwa, których na nim nie było.

NASTĘPNY ODCINEK

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz