Albania,  Grecja,  Macedonia

MXT 2012 Odc 05: Macedonia i Albania motocyklem (ale w biegu)

Macedonia i Albania motocyklem to niesamowite doświadczenie.

Szczególnie, że w ogóle ich nie planowaliśmy.
Następnego dnia dogadaliśmy, co było do dogadania, z właścicielem hotelu, który przekonany, że tak bardzo się przywiązaliśmy do Grzyba Stefana (lub Romana różne wersje były), że zamierzamy wracać, z przyjemnością odstąpił nam schowek na rzeczy. Muszę przyznać, że w przeciwieństwie do Maksa zawsze miałem wątpliwości co do dobrych intencji ludzi, więc na wszelki wypadek zabrałem wszystko ze sobą co miało jakąkolwiek wartość, a resztę w myślach spisałem na ewentualne straty. W końcu czymś te potwory mieszkające w pokojach muszą karmić, moje ciuchy nadawały się dobrze do roli pokarmu jak cokolwiek innego.

Zapakowaliśmy motocykle i ruszyliśmy do Macedonii, żeby choć przez parę dni spróbować poczuć klimat państwa Aleksandra Wielkiego. Do granicy dotarliśmy bez problemu, chociaż upał był niesamowity, ale wtedy jeszcze chłonęliśmy ciepło po wyjątkowo nijakim lecie w Polsce.

P1010615

Swoją drogą granice między państwami są materiałem na osobną książkę.

Niesamowite jak człowiek szybko przyzwyczaja się do tego, że podczas wyjazdów po Europie nie ma kontroli paszportowej. Jesteś w jednym państwie, cyk, tablica i jesteś w drugim. Wygodnie. A jeszcze parę lat temu nawet na tych bardziej cywilizowanych granicach trzeba było stać i czekać. Jasne, jak wybierasz samolot jako sposób podróżowania to jakoś jesteś mentalnie przygotowany do pokazywania paszportu. To rytuał, zupełnie jak wyciąganie wszystkich metalowych przedmiotów i konfiskata pasty, wewnątrz której możesz przecież przewozić C4. Lub nożyczek do paznokci, którymi mógłbyś przecież sterroryzować całą załogę.

Na początku mieliśmy lekki szok, gdy wjechaliśmy na Bałkany, bo oczywiście wiedzieliśmy, że kontrola paszportowa będzie, ale nie spodziewaliśmy się kolejki. Powoli jednak przyzwyczajaliśmy się do idei sprawdzania paszportów na granicach. Jednak każda następna, którą mijaliśmy była coraz bardziej „egzotyczna”. Z czasem przyzwyczailiśmy się także do tego, że trzeba liczyć cały dzień na pokonanie granicy. Bo celnik zobaczy papiery i stwierdzi, że to nie możliwe, że te motocykle są z Polski, pójdzie sprawdzić, zawoła kolegów, przyniosą herbatę, usiądą dookoła motocykli i zaczną debatować, zaproszą nas do „budy”, żebyśmy opowiedzieli o podróży.

A może chcemy coś zjeść?

A może przemycamy alkohol? Nie? A narkotyki? Nie? A chcecie może kupić jakieś? I cały ten rytuał powtarza się na każdej granicy. Czasem celnicy gniewnie popatrzą i potrzymają nas na słońcu 4 godziny, żebyśmy zmiękli, i żeby nam pokazać kto tu rządzi. Przekraczanie granicy to rytuał, który należy przejść zawsze ze spokojem i uśmiechem, a czasem z 10 dolarowym banknotem. Nie żeby się nie dało bez niego, ale czasem z nim można oszczędzić parę godzin.

P1010655

Ale wróćmy do granicy z grecko-macedońskiej.

Udało nam się nawet nagrać cały proceder. Podjeżdżamy do granicy z otwartymi paszportami a celnik macha: „dalej, dalej”. Formalności zajęły w sumie jakieś 7 sekund. Super. Macedonia i Albania motocyklem stają się faktem. Zaraz za granicą postanawiamy się zatrzymać, zjeść coś i odpocząć. Po jedzeniu Maks standardowo zasypia. W ciągu całego tripu, pomimo, że znałem go od lat, za każdym razem byłem pod wrażeniem jego zdolności zasypiania przy każdej okazji i w każdym miejscu. Celnicy przetrzymują nasze paszporty dłużej niż 4 minuty? Drzemka. Odbieramy motocykle z terminalu i gość z biura poszedł coś skserować? Krótka drzemka przed jego biurkiem. Wsiadamy do autobusu, w którym nie można usiąść, żeby podjechać jeden przystanek? Drzemka na stojąco. Maks był swoistym mistrzem drzemki przy każdej okazji. Gdyby były mistrzostwa jestem pewny, że wróciłby z pucharem i nagrodą publiczności.

Doprowadził zdolność spania w każdych warunkach do mistrzostwa, o którym normalny śmiertelnik mógł pomarzyć.

Zjedliśmy jeden z naszych magicznych obiadów i mój towarzysz podróży poszedł trenować spanie, ja natomiast zacząłem wgryzać się w kolejną książkę. Obydwaj ocknęliśmy się ponieważ zaczęło kropić. Żaden tam deszcz, ale leciutka mżawka, która trwała góra 30 minut. Był to jedyny raz, gdy prowadziliśmy motocykle w deszczu aż do Malezji. Nie wiem czy to klasyfikuje się do farta roku, ale przyznacie, że 6 miesięcy słońca to niezły wynik.

P1010721

Wieczorem zatrzymujemy się w Prilepie.

Naszym celem są jeziora Prespa i Ohrid, które zamierzamy objechać następnego dnia. W Prilepie nie zobaczyliśmy niestety niczego niesamowitego, natomiast spędzamy całkiem dużo czasu rozmawiając ze współwłaścicielką hostelu, w którym się zatrzymujemy. Bardzo płynnie mówi po angielsku z silnym brytyjskim akcentem. Okazuje się, że spędziła parę lat w okolicach Londynu pracując i odkładając na założenie hostelu. Opowiada nam o tym, że wielu młodych Macedończyków emigruje, gdy tylko ma okazję za lepszym życiem, lepszą płacą. Co tu dużo gadać- podobnie jak u nas.

Następnego dnia żegnamy się i ruszamy zobaczyć jeziora o których już do tej pory sporo się nasłuchaliśmy. Staramy się unikać głównej drogi, ale jest to dość ciężkie bo przez większość czasu, no cóż… jest tylko jedna droga, chociaż pomimo tego moim zdaniem na miano głównej raczej nie zasługuje. Po jakimś czasie odbijamy nad jezioro Prespa i zatrzymujemy się nad samą wodą na jedzenie. Pusto, mijamy parę wiosek i żadnego hotelu, kurortu, nic, pomimo, że jezioro piękne. Nic tylko się cieszyć. Postanawiamy jeszcze tego samego dnia dotrzeć nad jezioro Ochrydzkie. Droga która łączy oba jeziora jest zdecydowanie najlepszą motocyklową drogą jaką do tej pory jechaliśmy. Zaczyna się na wysokości 950 m.n.p.m wjeżdża się na 1600 m.n.p.m, gdzie mogliśmy podziwiać zachód słońca nad jeziorem Ochrydzkim i zostawiliśmy pierwszą z naszych wyprawowych naklejek i zjeżdża się ponownie na dół. Wszystko to na 30 km drogi. Piękne zakończenie dnia.

Dojeżdżamy w okolice miasta i szukamy noclegu.

Wszędzie strasznie drogo, ceny pod turystów raczej z Europy zachodniej, a większość napisów jest po niemiecku. Fakt, że Maks zaczyna próbować dogadać się z właścicielami właśnie w tym języku wcale nam nie pomaga. Wręcz przeciwnie. Gdy tylko zaczynamy mówić po niemiecku cena skacze 50% w góry, wracamy więc do sprawdzonego zestawu, czyli bardzo wolno po Polsku i dużo machania łapami. Po pewnym czasie trafiamy na właściciela hotelu, który pomimo, że mamy noc wygląda jeszcze na wczorajszego.

– Polacy?- pyta z uśmiechem.
– Tak- odpowiadamy szybko. Byle nas za Niemców nie wziął.
– Wczoraj byli u mnie Polacy, zostawili samochód i pojechali na rowery dookoła jeziora- uśmiecha się- fajni ludzie.
– To tak jak my. My też Polacy i też fajni.
– Dobra, znajdę dla Was pokój w promocji, i motocykle możecie wstawić do restauracji- macha ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.

Ucieszony kiwam głową i ignoruję info o restauracji.

Była taka godzina, że gdyby nawet zaproponował wstawienie motocykli do łazienki na 4 piętrze i musielibyśmy być przy tym ubrani w bikini to też bym z ochotą kiwnął głową. Po chwili okazuję się, że jednak nasz nowy przyjaciel nie żartował, mają na dole hotelu restaurację, rozsuwa stoliki i mówi:

– Wjeżdżajcie, tylko jutro przed 12 musicie wyjechać, bo o 12 otwieramy.

Sanepid nie byłby chyba zachwycony. Kładziemy się spać z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia.

Wstajemy i pakujemy się.

W planach objechanie jeziora i powrót do Salonik, więc dzień będzie długi. Zatrzymujemy się jeszcze w sklepie, żeby wydać ostatnie Macedońskie banknoty i jako, że jesteśmy mistrzami ekonomii obliczamy co kupić według współczynnika wyjazdowego (WspW)= ilość kalorii/gramy/cena. Wychodzi nam, że na śniadanie będzie chleb i pół kilo białego, bliżej nieznanego nam sera. Pakujemy wszystko i jedziemy poszukiwać miejsca na śniadaning. Pogoda przepiękna, jezioro za dnia oczarowało nas jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru. Zjeżdżamy z drogi nad samą wodę i rozpoczynamy ucztę. Robimy parę zdjęć. Ochrid to jezioro, które ma najczystszą wodę jaką w życiu widziałem. Słyszymy dźwięk motocykla zjeżdżającego do nas z drogi. Obracamy się, gościem okazuje się Hiszpan na najnowszym BMW. Patrzę na tablice i z podziwem stwierdzam:

P1010699

– Kawał drogi z tej Hiszpani, długo jechałeś?
– Nie, nie tak bardzo- ucina- a Wy skąd? Dokąd?

Maks opowiada, ja w międzyczasie podziwiam motocykl. Piękna maszyna, świetnie wyposażona, wersja stworzona do dalekich podróży, kufry, dodatkowe oświetlenie, płyta pod silnik, wielki bak, wszystko o czy można zamarzyć. Wszystko o czym marzyliśmy wyjeżdżając w podróż taką jak nasza. Nasze 10 letnie Xteki wyglądają przy jego motocyklu niczym motorynki z odzysku. Maks skończył opowiadać.

– A którędy jechałeś? O Alpy zahaczyłeś? – pytam, bo już kiedyś byłem w tych rejonach starą, dobrą Virago 535.

– Nie.

– O szkoda, mogę polecić parę miejsc jak będziesz wracał.

– Ja w zasadzie wysłałem motocykl z Barcelony prawie aż tutaj statkiem. Tu zrobię kółko i wysyłam go z powrotem. Taki wiecie- trip na trzy tygodnie.

Gadamy jeszcze chwilę i Hiszpan odjeżdża w drugim kierunku. Uśmiechamy się do siebie. Obaj myślimy o tym samym. To jak kupno 30 letniej whisky, żeby ją postawić na półce i patrzeć jak się starzeje. Daje satysfakcje, ale nie sprawia automatycznie, że jesteś koneserem whisky.

P1010731

Ruszamy dalej.

Droga do Salonik jest przepiękna. Winkiel za winklem, równy asfalt. W takich chwilach można na prawdę poczuć po co ludzie wsiadają na motocykl. Każdy zakręt sprawia frajdę. Każdy to kolejna dawka adrenaliny, ale też uczucie wolności. Takie, które bardzo kojarzy się z tym opisywanym przez pilotów. Jesteś tylko Ty, motocykli i droga przed Tobą. Czerpiesz przyjemność z samej jazdy, nie myślisz o niczym więcej. Kask jest granicą, która odcina Cię od świata zewnętrznego i pozwala o nim zapomnieć. Poza tym małym fragmentem drogi, który jest przed Tobą. To jest Twój cel.

A w chwilach takich ja ta nie liczy się nic innego.

Jedziemy jak w transie zatrzymując się dopiero, gdy motocykle wyraźnie sygnalizują nam, że ostatnie opary benzyny się ulotniły. Tankujemy z kanistrów i po paru godzinach docieramy do Salonik, gdzie właściciel hostelu i Stefan już na nas czekają.

Nasze rzeczy również.

Następnego dnia mają przyjść dokumenty i wyruszymy do Azji.

Nie możemy już się doczekać.

NASTĘPNY ODCINEK

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz