<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Turcja - Wandering Sparrows</title>
	<atom:link href="https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/azja/turcja/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/azja/turcja/</link>
	<description>Blog podróżniczy &#124; Fotografia &#124; Filmowanie</description>
	<lastBuildDate>Mon, 25 Feb 2019 03:47:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://wanderingsparrows.pl/wp-content/uploads/2018/09/wandering-web-logo.png</url>
	<title>Turcja - Wandering Sparrows</title>
	<link>https://wanderingsparrows.pl/category/miejsca/azja/turcja/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
<site xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">158551444</site>	<item>
		<title>MXT 2012 Odc 11: Wjazd do Iranu, i o dziwnym śniadaniu</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:20:21 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=437</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wjazd do Iranu był stosunkowo prosty po załatwieniu wszystkich formalności, ale wróćmy jeszcze na chwile do Turcji. Następnego dnia rano wstaje, a Maksa już nie ma. Jak przez mgłę przypominam sobie, że poprzedniego wieczora rzuciłem coś o tym, że wkurza mnie, że jesteśmy już w podróży trzy tygodnie i codziennie muszę go budzić. A nie było to łatwe zadanie. Sam mam problem z tym, żeby wyczłapać się z łóżka, ale z budzeniem Maksa było jak z codzienną poranną bitwą. Z czołgami, helikopterami i konsekwencjami dla krajów ościennych. Zaczynało się niewinnie od informowania go, żeby się podniósł, potem nadchodził ciężki sprzęt w postaci przekleństw i obietnicy, że go zostawiam. Zwykle wtedy podnosił się, wciągał spodnie motocyklowe i oznajmiał, że jest gotowy. Raz czy dwa przewrócił się na drugi bok i stwierdził: &#8211; Dogonię cię. Jednak poprzedniego wieczoru wjechałem mu na ambicje. Oburzył się i powiedział, że sam wstanie i to na pewno przede mną. &#8211; Dobra, to jak już wstaniesz to zrób śniadanie- odpowiedziałem pewny, że i tak skończy się jak codziennie. A jednak wstałem, a mojego towarzysza podróży nie było. Idę do łazienki i na korytarzu wpadam na naszego zaspanego gospodarza. &#8211; Gdzie Maks?- pytam. &#8211; Poszedł do sklepu po coś na śniadanie- odpowiada. No proszę czyli musiałem poprzedniego dnia na prawdę przekroczyć linię! Idę pod prysznic. Gdy wychodzę słyszę z kuchni: &#8211; Wróbel chodź jeść! Dobra, człapię. Wchodzę do kuchni i siadam do najdziwniejszego śniadania jakie dane mi było jeść do tej pory. Maks nie znalazł w najbliższym sklepie żadnej formy chleba, więc kupił… ciasto. Technicznie był to biszkopt do tortów. Do tego dochodziło nadzienie. W założeniu nadzienie miało być zdrowe, same owoce: brzoskwinie, ananasy oraz kawałki jabłka. Jednak większość była z puszek w którym pływały w cukrowym syropie.Całość została okraszona połową słoika Nutelli wpakowanego między owoce. Nasze śniadanie wyglądało jak koszmar piekarza cukiernika i cukrzyka jednocześnie. Spojrzałem na Maksa, na śniadanie i znowu na Maksa. &#8211; Dobre! – uśmiechnął się- są witaminy, są węglowodany, nie będziemy musieli nic jeść do wieczora. &#8211; Idę po aparat- odpowiedziałem. Zdarzało nam się wspominać, że nasza wyprawa  była studenckim tripem dookoła świata. Najbardziej studenckie było w niej to, że była niskobudżetowa. A przez to zdarzało nam się jeść takie cuda techniki i inżynierii kuchennej jak parówki z makaronem (tak, przyznaje to mój projekt, żeby nie było, że tylko Maks wpadał na świetne pomysły), lub pasztet z niespodzianką, czy osławiona kromka ze smakiem. Jednak umysł Maksa wspiął się dalej ścieżkami, które normalnym ludziom są niedostępne- zrobił nam biszkoptowego kebaba z owocami i nutellą. Jedzenie tego wynalazku zajęło nam trochę czasu, bo czułem jakbym wziął ze stołu cukiernicę, przekręcił nad ustami i na wierzch nałożył jeszcze nuteli. Jednak z perspektywy całego dnia nie mogłem odmówić Maksowi racji- nic już więcej nie musieliśmy jeść. Przebrnęliśmy przez śniadanie, spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z hostem i ruszyliśmy, przygotowani na wjazd do Iranu. Wydawało nam się, ze będzie to prosta przeprawa. Wstaliśmy specjalnie wcześniej i byliśmy gotowi na te 600 kilometrów, które dzieliły nas od kraju Persów. Jednak droga z wybrzeża zaczęła się bardzo szybko wspinać i wić jednocześnie. Nad morzem mieliśmy ok. 30 stopni, jednak po dwóch godzinach jazdy zrobiliśmy tylko 80 kilometrów i temperatura spadła do 12 stopni. Zatrzymaliśmy się i ubraliśmy dosłownie wszystko co mieliśmy w sakwach. Podpinki do ciuchów motocyklowych, bielizna termoaktywna, zimowe rękawice, kołnierze. Tak uzbrojeni ruszyliśmy znowu przypominając trochę cyrkowe niedźwiedzie na małych rowerkach. Po następnych 10 kilometrach jazdy i następnych 500 metrach wzwyż zatrzymaliśmy się znowu i ubieramy  co tylko udało nam się jeszcze wygrzebać z bagażu. W rezultacie mam na sobie trzy warstwy odzieży, z której większość można określić jako ubrania drugiej świeżości. Wyglądam jak ludzik Michellin tylko bez charakterystycznych wcięć. Nie mogę zginać rąk, ani połączyć nóg po zejściu z motocykla, więc wyglądamy jak zagubieni w czasie i przestrzeni kowboje. Zatrzymujemy się zatankować i pomimo mojej czystej nienawiści do herbaty przyjmujemy dwie szklanki z wdzięcznością. Patrzę na termometr na stacji. Jest około 4 stopni Celsiusza. 4! W Turcji! Oszaleli z tą pogodą! (w momencie gdy piszę te słowa- styczeń- W Erzurum jest -19 stopni) Po zachodzie trafiamy do Erzurum. Miasta określanego w Turcji jako biegun zimna i jednocześnie centrum sportów zimowych (W Turcji? Narty? A jasne!). Zatrzymujemy się i szczękając zębami ustalamy, że dziś dalej nie jedziemy- szukamy noclegu. Znajdujemy parę hosteli, ale wszystko pozajmowane, lub niebotycznie drogie. Postanawiamy, że chociaż było by to niezmiernie ciekawe doświadczenie nie chcemy spać na ulicy. Jedziemy do najmniej wypasionego hotelu i planujemy się z nimi targować. Nic z tego. Nie chcą sprzedać miejsca za 20% ceny. Stoimy przed wielopoziomowym garażem hotelu i zastanawiamy się co dalej. Wtem przed wjazdem zatrzymuje się paroletni mercedes i wyskakuje z niego mężczyzna w średnim wieku. &#8211; Nocujecie w hotelu?- pyta płynną angielszczyzną. &#8211; Nie, trochę drogo dla nas- odpowiadam. &#8211; Chodźcie zaraz coś poradzimy- mówi. Wjeżdżamy za nim na parking, a potem idziemy do recepcji. Po drodze opowiada nam jak parę lat temu przejechał z paroma kumplami Route 66 w stanach na wypożyczonych motocyklach i marzy o tym, żeby teraz kupić sobie motocykl. Przy recepcji okazuje się, że nasz towarzysz jest właścicielem hotelu pod którym się zatrzymaliśmy. &#8211; Dam wam 50% zniżki na pokój- oznajmia- oczywiście będzie niższego standardu, ale zostajecie tylko na jedną noc, więc to nie problem, nie? Uśmiecham się. 50% to mniej to nadal sporo jak dla nas. No dobra, trzeba przecież docenić gest gospodarza. Po za tym nie ma co liczyć, że park w Erzurum ma grzane ławki. &#8211; Tak, dziękuję bardzo- mamroczę. Gospodarz uśmiecha się i mówi: &#8211; Dobra wypakujcie rzeczy i tu macie klucze. Miłego noclegu. I zniknął. Rozpakowaliśmy się. Faktycznie dostaliśmy najtańszy pokój z widokiem na mur i prześcieradłami nie zmienianymi co najmniej od czasów Ataturka. Ważne, że jest gdzie spać i nie kapie na głowę. Rano zostawiamy klucz i okazuje się, że rachunek dostajemy na kwotę niższą o 70% od początkowej. Nie ma właściciela, żeby mu podziękować więc zostawiamy wizytówkę i ruszamy do Iranu. Krajobraz po drodze kosmiczny. Wielkie przestrzenie i tylko co pewien czas na horyzoncie majaczy pojedyncza chatka. Pięknie i niesamowicie pusto. Jedziemy godzinami przez tą bardzo wysoko położoną pustynię. Tam też po raz pierwszy natrafiamy na podróżników. W pewnym momencie mijamy faceta idącego poboczem drogi z kijem w ręce i monstrualnym plecakiem na plecach. Machamy, on odmachuje. To jedyny raz gdy się nie zatrzymaliśmy, żeby pogadać, lub zapytać czy czegoś potrzebuje. Zdaje się, że myśleliśmy jeszcze w europejski sposób. W Europie każdemu się wydaje (i tak nam się też wydawało), że najbliższa stacja benzynowa jest rzut mokrym moherowym beretem od miejsca w którym stoisz, a w razie gdybyś potrzebował pomocy wyciągasz telefon i dzwonisz po taksówkę, lub policję, w zależności od złożoności problemu. Żyjemy bardzo wygodnie i wtedy jeszcze przez myśl nam nie przeszło, ze ten człowiek mógł ostatnie miejsce z wodą minąć 40 kilometrów od miejsca gdzie go spotkaliśmy. Z drugiej strony nie próbował nas zatrzymać, więc miałem wymówkę przed samym sobą. (Swoją drogą ze sprawdzonego źródła wiem, że nic mu nie jest, ale o tym później). Zbliżamy się do granicy Irańsko-Tureckiej, a słońce powoli chowa się za horyzontem. 10 kilometrów przed samą granicą mijamy parę na rowerze. Postanawiamy,  że trzeba się zatrzymać i zrobić parę zdjęć. Planujemy też poczekać na rowerzystów. Niestety pomimo prawie godziny oczekiwania nie docierają do naszego postoju. Stwierdzam, że pewnie rozbili obóz. &#8211; Jedziemy na granicę, czy myślisz, że będzie zamknięta?- pyta Maks. Nie pomyślałem o tym, że granica może być zamknięta. Patrzę na zegarek. &#8211; Spróbujmy, najwyżej wrócimy tutaj i rozbijemy namiot i jutro zjemy śniadanie z rowerzystami- stwierdzam. Jedziemy do granicy. Już parę kilometrów przed zaczyna się kolejka TIRów. Zaparkowanych. Nie dobrze. Dojeżdżamy do budki i na nasze spotkanie wychodzi dwóch celników. Bez zbędnych ceregieli podbijają nam wyjazd z Turcji ostrzegając również, że do Iranu nie można wwozić, żadnego alkoholu. Kiwamy głowami. Mamy w sakwach dwie buteleczki wódki które dostaliśmy od przyjaciół przed wyjazdem z przykazaniem, że mamy wypić w najbardziej magicznym miejscu, oraz pół litra wiśniówki, którą Maks wiezie dla swojej dziewczyny w Indonezji. Najwyżej skonfiskują. Chociaż łatwo nie oddamy. Dojeżdżamy do części Irańskiej. Tak samo podchodzi do nas dwóch celników, jednak ci są w zdecydowanie lepszych humorach. &#8211; Hej! Skąd jedziecie? Niemcy?- pytaj jeden ukazując pełen garnitur zębów. &#8211; Nie, Polska- odpowiadam. &#8211; Polska! Boniek!- krzyczy drugi klepiąc Maksa po ramieniu. Maks patrzy na mnie zdziwiony. Nie był zbyt wielkim fanem piłki nożnej. Subtelnie kiwam głową. &#8211; Tak, Boniek- mówi Maks. &#8211; Dobra chłopaki, otwórzcie bagaże No to jesteśmy ugotowani. Otwieram sakwę, a jeden z celników ciekawie zagląda do środka. Po ubieraniu wszystkich ciuchów na siebie poprzedniego dnia wrzuciłem je po prostu z powrotem, przez co sakwa wygląda jakby ktoś wrzucił tam granat. Rezygnują z przeszukania zawartości. Zamiast tego postanawiają po dotykać z zewnątrz nasz bagaż symulując próbę przeszukania. &#8211; Jakiś alkohol?- pyta jeden. &#8211; Nie – odpowiadam. Najwyżej będę zdziwiony. &#8211; Oooo czemu?- widzę, że są strasznie zawiedzeni. &#8211; Narkotyki? Haszysz?- próbuje drugi. &#8211; Nie, nie- szybko odpowiadam. &#8211; A chcecie? – obaj uśmiechają się tak, że można to odczytać jako żart. Chociaż pewny nie jestem. &#8211; Dobra, przeszukani- jedźcie się odprawić. Dojeżdżamy do budynku celników i z całą teczką papierów wchodzimy do środka. Krążymy po nim od okienka do okienka przez prawie dwie godziny. Wszyscy bardzo skrupulatnie przeglądają nasze papiery, aż wreszcie lądujemy u głównego kierownika zamieszania. Ten rzuca coś do swojego podwładnego i on wyprowadza nas na zewnątrz. Wyciąga w naszym kierunku rękę z dokumentami i mówi: &#8211; Tu wasze dokumenty, 20 dolarów i możecie jechać. Spanikowaliśmy. Nigdy nikomu nie dawaliśmy łapówki wcześniej i nie chcieliśmy tego robić. Nie wiedzieliśmy jak się zachować. Jakie mamy prawa? Wolno nam się targować? Zauważył nasze zdenerwowanie i dorzucił: &#8211; Jak nie, to rozbierzemy motocykle na części i sprawdzimy czy nie ma jakiś błędów- popatrzył na mnie i na Maksa- utkniecie tu na miesiąc- zakończył z uśmiechem. Decyzja była szybka. Maks wręczył urzędnikowi 20 dolarów, a temu aż się oczy zaświeciły. Syknąłem. Byłem zły i zawiedziony. Mój towarzysz uśmiechnął się: &#8211; Wczoraj zaoszczędziliśmy na noclegu, trudno, ważne, że jesteśmy w Iranie. Prawda. Witaj Iranie!</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/">MXT 2012 Odc 11: Wjazd do Iranu, i o dziwnym śniadaniu</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wjezdzie-do-iranu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">437</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 10: Wiza do Iranu i dlaczego wszystko smakuje jak kurczak?</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:15:38 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=435</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wiza do Iranu to jedna z tych których nie udało nam się załatwić w Warszawie. Usłyszeliśmy jednak, że można ją całkiem łatwo dostać w Turcji&#8230; ale po kolei. Następnego dnia wstajemy, i po szybkim pakowaniu i odwiedzeniu twierdzy górującej nad Ankarą zbieramy się w dalszą podróż. Cel na dziś to Trabzon. Przy wyjeździe z Ankary nagle wśród generalnego hałasu z lusterka znika mi Maks. Zatrzymuję się i obracam. Motocykl Maksa leży, a on próbuje go podnieść. Odstawiam Hakunę i podbiegam. &#8211; Nic Ci nie jest?- pytam. &#8211; Nie –odpowiada i wskazuje ruchem głowy na ulicę- Olej jest rozlany na drodze. Faktycznie na środku naszego pasa błyszczy się czarna plama. Jechaliśmy bardzo wolno, więc straty są symboliczne. Rozdarta sakwa, którą szybko naprawiamy „trytkami” i zgięta dźwignia zmiany biegów, którą oczywiście odginamy. Wielokrotnie byliśmy pytani: czemu nie mamy kufrów na motocyklach? Najlepiej takich aluminiowych i błyszczących. Jak ci podróżnicy z telewizji. No cóż… po pierwsze takie kufry są cholernie drogie, nie wiem czy zestaw takich kufrów nie byłby droższy od naszych motocykli. Biorąc pod uwagę, że nasza wyprawa miała symboliczny budżet to na tym argumencie moglibyśmy skończyć, ale muszę dodać coś czego się nauczyliśmy w trakcie tego roku: sakwy można zszyć, lub załatać chociażby i sznurkiem od majtek. W każdych warunkach, niezależnie od szerokości geograficznej, pogody, czy stopnia zurbanizowania okolicy. Każdy ma gdzieś sznurek do majtek. Stworzyliśmy w ciągu podróży wiele prawd wyjazdowych, jedna z nich brzmi: jeśli nie możesz czegoś naprawić podstawowym zestawem narzędzi i srebrną taśmą i trytkami to na 90% nie będziesz mógł tego naprawić nigdzie po drodze. Często po prostu trudno dostać części, lub kogoś kto w ogóle będzie wiedział jak się zabrać za naprawę bardziej skomplikowanych gratów. Dość powiedzieć, że z tego powodu przez 3 miesiące robiliśmy zdjęcia bez ekranu w aparacie. Dlatego właśnie (oprócz kwestii finansowej) nie zdecydowaliśmy się na kufry. Wystarczyłby ten drobny incydent z Ankary i musielibyśmy szukać kogoś, kto wyklepie nam miejsce na bagaż. Trzeba by było szukać, czekać, i co najgorsze: płacić. A tak, teoretycznie wystarczyła by gumka od majtek i sakwa znowu na chodzie. Z podobnego powodu zdecydowaliśmy się na najprostsze motocykle które mogliśmy kupić. Kto jeździł ten wie, że XT’ki to w zasadzie rama, silnik, koła i kierownica. Żadnej elektroniki, żadnego kombinowania. Proste jak budowa cepa, a przez to łatwe do naprawienia nawet i młotkiem. I młotkiem czasami zdarzało nam się je poganiać. Po akcji ratunkowej wyjeżdżamy w trasę. Jedzie nam się rewelacyjnie, piękny, nowy asfalt, ciepło, ale nie na tyle gorąco, żeby gałki oczne zagotowały się pod kaskami. W zasadzie zatrzymujemy się jedynie wtedy, kiedy musimy zatankować czyli co jakieś 200- 250 km. Dojeżdżamy do wybrzeża Turcji. Ah! Cudownie, teraz do słońca i równego asfaltu doszła lekka morska bryza. Zwalniam do prędkości spacerowej i podnoszę szczękę kasku. &#8211; Może obiad sobie zrobimy na wybrzeżu?- mówię. Chociaż w sumie nie wiem po co pytam. Jeżeli jedna z odpowiedzi równa się możliwości zjedzenia czegoś, to raczej jasne, że Maks ją wybierze. &#8211; Jasne, zatrzymajmy się na zakupy- proponuje. Zatrzymujemy się przy pierwszym większym sklepie. Maks zostaje z motocyklami, a ja jako pokładowy kucharz (jak się nie ma co się lubi, to się je co się ma) idę do sklepu. Wychodzę po trzech minutach. Moja ponura mina mówi sama za siebie. &#8211; Jak dziś zjemy to będziemy musieli pościć aż do Iranu- mówię &#8211; Aż tak drogo? –pyta Maks. &#8211; No jeśli chcesz zjeść cokolwiek to tak- odpowiadam- chyba, że jemy bez mięsa. &#8211; Bez mięsa to nie obiad- stwierdza- trudno, kupuj, najwyżej będziemy musieli na coś zapolować. Kupuję „po taniości”. Najtańsze warzywa, placki pszenne, oraz mięso, które na pewno ma bogatą historię, ale bardzo, bardzo nie jestem jej ciekawy. Pomimo, średniej jakości składników robimy jeden z lepszych obiadów od wyjazdu z domu. Chociaż w tym przypadku raczej decyduje o tym sceneria niż moje umiejętności kucharskie. Siedzimy przy stolikach opuszczonej restauracji, a zachodzące słońce grzeje nas w twarz. Chciałoby się tak siedzieć bez końca, ale mamy jeszcze prawie 300 km do zrobienia. Pakujemy się ciężsi o chyba pięć kilogramów na motocykle i ruszamy w kierunku Trabzonu. Dojeżdżamy na miejsce już bardzo późno. Dzwonimy do hosta i dostajemy bardzo dokładne wskazówki jak dojechać do jego domu. Jedziemy według wskazań i lądujemy na lotnisku. Dobra, coś pomyliliśmy. Zawracamy, jedziemy raz jeszcze i lądujemy ponownie na lotnisku. Po paru podejściach wreszcie docieramy do Çağatay’a, który okazuje się przemiłym facetem. Problemem jest jedynie to, że nasz host mieszka w dzielnicy, która przypomina skrzyżowanie Wrocławskiego Nowego Dworu z Trójkątem. Jednym słowem to takie miejsce,  w którym powstają standardowe blokowiskowe przysłowia jak (cytat): „nie ma mocnego na kant kubła”, a ilość żelaza w organizmie może zostać zdecydowanie podniesiona poprzez kosę w żebrach. Mamy pewne wątpliwości co do zostawiania naszych oklejonych motocykli pod blokiem. &#8211; Dobra, dawajcie je do klatki- zarządza nasz gospodarz. Jestem zmęczony, w końcu przejechaliśmy prawie 800 km. Nie chce mi się protestować, ani kombinować, wprowadzamy motocykle, gdy nagle wychodzi sąsiadka z najniższego piętra i zaczyna terkotać coś do naszego gospodarza. Ten uspokaja ją i po chwili kobieta znika. &#8211; Co jej powiedziałeś?- pytam. &#8211; Że jesteście z telewizji, i że będziecie kręcić dokument o Trabzonie – uśmiecha się rozbrajająco. Niegłupio. Wrzucamy wszystkie bagaże do windy która była przewidziana na 1,5 osoby i stłoczeni niczym miesięczny paprykarz szczeciński jedziemy na najwyższe piętro. Dostajemy pokój i kawałek podłogi do spania. Wreszcie! Padamy na twarz. *** Przyjechaliśmy do Trabzonu w zasadzie w jednym celu: wiza do Iranu. W Polsce powiedzieli nam, że ta przyjemność będzie trwała co najmniej miesiąc i musimy zdobyć specjalne zaproszenie od biura turystycznego z tego kraju. Jednak po przeczytaniu części, a nawet sporej części, internetu dowiedzieliśmy się, że w Trabzonie da się wizę wyrobić szybciej. Nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa, ale lepiej jest przecież siedzieć w cieple nad wodą i czekać, niż krążyć czekając między Wrocławiem a Warszawą. Dlatego następnego dnia wyruszamy do ambasady Irańskiej. W poczekalni ilość osób na metr kwadratowy przypominała mi windę z dnia poprzedniego. Każdy mówił w innym języku, więc panuje też niemiłosierny gwar. Rozpoznajemy portugalski i hiszpański, a także typowy brytyjski angielski. Po chwili podchodzi do nas dziewczyna. Niemka- strzelam. Przyglądam się uważniej. Na pewno Niemka. &#8211; Hej, jedziecie do Iranu? –pyta. Rozglądam się po poczekalni. Sami obcokrajowcy z wnioskami o wizę w ręku. Nie, to napad, dawaj kasę i klucz do sejfu!- myślę, ale grzecznie się uśmiecham i mówię: &#8211; Tak, gdzie się składa wnioski? &#8211; Na stole są formularze, trzeba wypełnić i za 15 minut zbiorą od wszystkich. Siadamy i zaczyna się wypełnianie. Wiza do Iranu jeśli o to chodzi nie różni się od każdej innej. Standardowa procedura: imię, nazwisko, nazwisko matki, rozmiar buta babci, miejsce urodzenia, czy masz powiązania z grupami terrorystycznymi? Takie tam, podchwytliwe pytania wizowe. Kątem oka widzę, ze Niemka siadła obok nas i sprawdza co wpisujemy. Wypełniam i nagle docieram do linijki: na ile dni chcesz dostać wizę? Zaczynam się zastanawiać. Standardowo, było chyba na 30 dni. A może na 14? Nie pamiętam, a nie ma teraz jak sprawdzić. &#8211; Na ile bierzemy?- pytam Maksa. &#8211; Lepiej wypełnić na mniej, bo na więcej nie dają- podpowiada nam Niemka- a zwykle ponoć jest tak, że dajesz na mniej i dostajesz na więcej. No, że niby nie potrzebujesz wizy na dłużej. Ja biorę na 5 dni, zobaczą, że chce na mniej i dostanę pewnie dwa tygodnie. Wy też tak powinniście zrobić. Pokrętna logika. Nie lubię jak ktoś powtarza coś czego nie jest pewny i przy tym próbuje innym wcisnąć tą teorię jako prawdę objawioną. Przeczytałem na forach, że nie zdarza się, żeby odmówili wizy do Iranu w tym konsulacie. No chyba, że przy pytaniu „Czy należysz do grup terrorystycznych?” dasz „zdecydowanie tak”. Wtedy jesteś sam sobie winien. &#8211; Trzy tygodnie? –pytam Maksa. &#8211; Dobra Niemka zagląda nam przez ramie. &#8211; Nie dają na tyle- stwierdza. Wzruszam ramionami. Nie dadzą? To przyjdziemy jutro i złożymy kolejny wniosek. Po chwili otwiera się okienko i przemiły Pan zbiera od nas wnioski wydając nam kwity do banku na wpłacenie „opłaty wizowej”. 75 euro. Pfff, drogo, ale dobra, niech będzie. Co możemy zrobić? Pikietować? To tylko 15 euro więcej niż w Polsce. &#8211; Kiedy możemy liczyć na decyzję?- pytam. &#8211; Proszę zapłacić i wrócić z potwierdzeniem- odpowiada. &#8211; Ale kiedy możemy liczyć na odbiór wiz? – ponawiam pytanie. Może mnie nie zrozumiał? &#8211; Proszę pójść zapłacić i wrócić po zapłaceniu, wizy będą gotowe. –powtarza patrząc na mnie jak na upośledzonego. &#8211; Dziś? – pytam zdziwiony. &#8211; Tak, oczywiście. O! To trochę szybciej niż w Polsce. Jedziemy do banku w którym akurat trafiamy na ogólnoturecki dzień załatwiania najdłuższych spraw bankowych. Nie zrażamy się jednak, bo jeśli załatwienie wizy ma trwać jeden dzień to sumarycznie i tak jesteśmy do przodu jakieś 280 godzin. Maks jako starszy specjalista w wytrwałości i mistrz opanowania[1] zostaje, żeby opłacić rachunek, a ja dostaje równie odpowiedzialne zadanie pilnowania motocykli. Wbrew pozorom Maks wraca dość szybko, pakujemy się na motocykle i wracamy do konsulatu. Oprócz nas jeszcze nikogo nie ma więc siadamy i czekamy. Po godzinie, gdy wszyscy już wrócili z banku pojawia się znowu przemiły pan w okienku który zbiera wszystkie potwierdzenia i już po chwili rozdaje paszporty. Otwieram swój, &#8211; Przyznane na 21 dni – oznajmiam uśmiechnięty. &#8211; Patrz, mi też – Maks również zagłębił się w lekturę dokumentu. No to jedziemy do Iranu! Wychodząc mijamy Niemkę, która z wielkimi oczami patrzy się w swój otwarty paszport. &#8211; I jak? –pytam. Tak, wiem złośliwy jestem. &#8211; 5 dni. &#8211; To chyba nawet nie zdążysz dojechać do Teheranu i wrócić- mówi kręcąc głową jeden z Brazylijczyków, który obok niej stoi. Oprócz jednego Brytyjczyka, któremu władze Irańskie odmówiły wizy, ponieważ pochodzi z Wielkiej Brytanii wszyscy dostali pozwolenia na tyle ile zażądali w wniosku. Szybko, sprawnie i łatwo. Może nie tanio, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wieczorem robimy przegląd rzeczy i porządkowanie w sakwach. Maks zszywa dokładnie swoją rozerwaną poprzedniego dnia. Przychodzi nasz host. &#8211; Chłopaki jesteście głodni?– pyta- Znam taką budę przy plaży, mają tylko jeden rodzaj ryby, ale robią ją niesamowicie. Obaj się uśmiechamy. Szykuje się powtórka z Ankary. I chociaż jedyną rzeczą, której nie lubię obok herbaty są ryby, postanawiam spróbować specjału z Trabzonu. Zbieramy wszystko co leży na podłodze i wrzucamy do sakw, po czym zbieramy się i ruszamy z naszym gospodarzem na kolację. Po drodze rozmawiamy o warunkach życia w Turcji i Polsce, o uczelniach, o religii i polityce. Pomimo, że nasz host ma zupełnie inne przekonania niż my rozmowa klei się i dostarcza nam dużo nowych informacji. W końcu postanawiam zadać pytanie, które od tego momentu często zadawałem naszym gospodarzom. &#8211; Çağatay, z czym kojarzy Ci się Polska? &#8211; No, oczywiście z pięknymi kobietami.- odpowiada z uśmiechem- byłem raz w Krakowie, ależ Wy macie tam fajne dziewczyny! Tak. To odpowiedź, która często się powtarzała. Polska na świecie jest kojarzona głównie z pięknymi kobietami i dobrą wódką. Raz nawet usłyszałem teorię, że Rosyjska wódka jest po to, żeby się upijać, ale Polska jest po to, żeby docenić dobry alkohol. Chociaż osobiście sądzę, że jeśli wódka zaczyna Ci smakować to masz problem. Oczywiście po kobietach i wódce był papież, długo, długo nic i Robert Lewandowski, bądź Boniek w zależności od wieku pytanego. Docieramy do budy z jedzeniem. Ryba okazuje się tutejszym gatunkiem, którego nie znam, zawiniętym w folię i smażonym z przyprawami na grillu. Smakuje jak kurczak[2] z domieszką tego co morze wyrzuciło na brzeg. Całkiem niezłe jak na rybę. Wracamy do mieszkania, siedzimy jeszcze chwilę na balkonie paląc sziszę i rozmawiając. Zbieramy się i idziemy spać. Jutro w drogę do Iranu. [1] Zdolności te można nabyć na poczcie i w urzędach miejskich [2]Nigdy nie ufajcie komuś kto mówi, że coś smakuje jak kurczak. Nic nie smakuje jak kurczak, po prostu mamy problem z wymyśleniem smaku dlatego wybieramy coś co jest najbardziej neutralne. Tarantula nie smakuje kurczakiem, żaby też nie, tak samo szarańcza. Wiem bo próbowałem. A pomimo to może mi się przytrafić, że będę coś porównywał do kurczaka. Proszę wziąć na to poprawkę. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/">MXT 2012 Odc 10: Wiza do Iranu i dlaczego wszystko smakuje jak kurczak?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-wizie-do-iranu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">435</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 09: O Kokoreçu i polowaniu na magiczne momenty w mieście zwanym Ankara</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:04:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=433</guid>

					<description><![CDATA[<p>Następnego dnia urywamy się ze Stambułu i obieramy nowy kierunek: Ankara. Mamy poznać tam innych znajomych Maksa z Erazmusa w Portugalii. Podróż pomimo ponad 400 km, które musimy zrobić mija dość szybko, drogi w Turcji są naprawdę dobrej jakości, i gdyby nie cena paliwa to byłby to idealny kraj na motocyklową wyprawę. W pewnym momencie zauważamy, że od głównej drogi odchodzi szutrowa odnoga. Maks daje mi znak, żebyśmy zjechali na pobocze. &#8211; Przejedziemy się chociaż kawałek off roadowo?- pyta. Maaaaarze o tym. No dobra, niech mu będzie, sprawdzam na GPSie czy ta droga prowadzi gdziekolwiek. O dziwo, nie dość, że mam ją na mapie, to faktycznie pozwoli się nam zbliżyć do Ankary. Skróty proponowane przez Maksa często pomimo, że były fajne, to powodowały, że droga do celu była zdecydowanie dłuższa. &#8211; Dobra, dawaj- mówię i zjeżdżamy z asfaltu. Po 20 km jesteśmy zachwyceni. Widoki niesamowite, pogoda piękna, a żwir sypie się z pod kół. Minęliśmy parę wiosek, w których zaciekawione twarze wystawały z okien chat. Zaczynamy poważnie się zastanawiać, czy nie dać znać ludziom w Ankarze, że dzień się spóźnimy, bo porwały nas bezdroża. Dojeżdżamy do miejsca w którym nasza polna droga spotyka się znowu z asfaltem. A tu niespodzianka. Już na nas czekają. Radiowóz podjeżdża i zatrzymuje się tuż przed nami. Macham do nich przyjaźnie. Przyjazne machanie to coś co warto opanować w trakcie podróży. Różni się od nieprzyjaznego (które samo się opanowuje) stroną dłoni i ilością palców. Wysiada dwóch policjantów. Nie wyglądają zdecydowanie na przekonanych moim przyjaznym machaniem. &#8211; Dokumenty! &#8211; Oczywiście- wyciągam ochoczo papiery, ale mój szczery uśmiech powoli spełza z twarzy. Będzie kaplica. Maksa skrót skończy się dla nas skrótem prowadzącym przez areszt Tureckiej policji. To raczej nie przyspieszy podróży. Przeglądają papiery ale widać, że nie mogą się do niczego przyczepić. Po wymienieniu paru monosylab orientuję się, że całkiem nieźle gadają po angielsku. Jeden zaczyna nas wypytywać przerzucając kartki paszportów. &#8211; Z Polski przyjechaliście? Nawet na nas nie patrzy, tylko coraz szybciej kartkuje dokumenty z zawzięciem typowym dla człowieka, który wie, że coś znajdzie wymalowanym na twarzy. &#8211; Tak &#8211; Dokąd jedziecie? &#8211; Jesteśmy na początku wyprawy dookoła świata. &#8211; To gdzie jedziecie dalej? Wymieniam kraje, które mamy w planach jako następne. &#8211; Dostaliśmy wezwanie, że jacyś obcokrajowcy kręcą się po okolicy. Ktoś na nas doniósł? Poważnie? &#8211; Nie powinniście tak jeździć poza główną drogą. Może to być niebezpieczne. Składa paszporty i nam je oddaje. &#8211; No, proszę się trzymać głównych dróg. Nie zjeżdżać, i jedźcie bezpiecznie dalej. Powodzenia życzę i uważajcie w Iranie- to bardzo niebezpieczny kraj. Zebrali się, wsiedli do radiowozu i odjechali w ciągu 30 sekund. Opanowuje się i podnoszę opadniętą szczękę z ziemi. &#8211; Myślałem, że nas zamkną- mówię do Maksa. Jak zwykle, mamy więcej szczęścia niż rozumu. &#8211; No, tak to wyglądało. Dobra, to co, prosto do Ankary?- pyta. Jestem pod wrażeniem, bo  Maks wygląda jakby wizja spędzenia paru godzin czy dni w areszcie z przemiłymi Tureckimi kolegami w ogóle go nie wzruszyła. &#8211; Tak, będziemy mieli jeszcze czas na off road. Zbieramy się i docieramy do Ankary już po zmroku. Dzwonimy do Gözde- dziewczyny, która będzie nas gościła. W domu u Gözde zostajemy powitanie niesamowicie ciepło. Jej mama zrobiła nam kolacje, więc siedzimy przy jedzeniu do późnych godzin nocnych i rozmawiamy. Nasza gospodyni wymienia z Maksem plotki i ploteczki na temat ludzi z Erazmusa. My opowiadamy o naszej wyprawie, a ona opowiada o planach przeprowadzki do Hiszpanii. Umawiamy się, że jak będziemy wracać z podróży to zahaczymy o jej mieszkanie w Hiszpanii. Zmęczeni po całym dniu przewracamy się do łóżka i zasypiamy jeszcze w locie. Rano zostajemy obudzeni przez Gözde. Zbieramy się wszyscy i wpadamy do kuchni, żeby przygotować śniadanie. &#8211; To co chcecie zobaczyć w Ankarze?- pyta nas Gözde. &#8211; A co Ankara ma fajnego do zobaczenia?- odpowiadam pytaniem na pytanie. Często, a w zasadzie prawie zawsze staraliśmy się tak robić. Zamiast sprawdzać w przewodnikach i czytać na forach, pytaliśmy o zdanie tambylców. Pozwalało to na zobaczenie bardzo wielu rzeczy, na które nigdy byśmy nie wpadli gdybyśmy opierali się na przewodnikach. &#8211; Mauzoleum musicie zobaczyć, no i twierdzę, można by pójść zjeść do takiego jednego fajnego miejsca potem… Tak! Zwykle JednoFajneMiejsce to brudna, obszarpana buda składająca się z jednego paleniska i wiekowej staruszki, która pichci najbardziej niesowite jedzenie na świecie i na które przepis został jej przekazany z pokolenia na pokolenie. Oj, każdy zna to JednoFajneMiejsce. Każdy tam chodzi, żeby zjeść to JednoFajneCoś co tam podają. Jeżeli kiedykolwiek ktoś Wam powie, że pokaże Wam jedno fajne miejsce to się nawet chwili nie wahajcie. Nasza gospodyni widzi, że obaj się uśmiechamy. &#8211; Co? &#8211; Nic, pójdziemy gdzie zaproponujesz, a cieszymy się na jedzenie- stwierdza Maks. Po śniadaniu ruszamy na podbój mauzoleum Atatürka. Oczywiście kojarzyłem, że był to człowiek bardzo w Turcji szanowany, ważna osoba w historii narodu Tureckiego. Jednak po wizycie w mauzoleum można odnieść wrażenie, że Atatürk jest traktowany obecnie bardziej jako symbol i kojarzy się z greckimi półbogami niż z rzeczywistą postacią z kart historii. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wniósł on bardzo dużo do tego jakim krajem jest Turcja obecnie. Zrewolucjonizował wszystko, począwszy od języka, poprzez kalendarz, a skończywszy na prawach kobiet. Po odwiedzeniu mauzoleum lądujemy na shishy w barze, gdzie docierają pozostali znajomi Maksa. Spędzamy w Ankarze w sumie trzy dni, włócząc się po ulicach, zwiedzając to co stolica ma do zwiedzenia, oraz wieczorami imprezując w barach i pubach. Odnośnie tego ostatniego. W każdym państwie imprezuje się inaczej, są inne zasady, inne podejście do pewnych spraw. Przykład? Religia w Turcji teoretycznie nie pozwala pić niczego co zawiera procenty. Mówię teoretycznie, bo nauczyliśmy się podczas tej wyprawy, że w każdym państwie w którym coś jest zabronione, lub niewskazane, cieszy się to oczywiście dużo większym pożądaniem. Owoc zakazany. I pomimo, że w Turcji nie ma zakazu picia alkoholu, to uważa się to za coś czym nie powinno się zdecydowanie chwalić. Różnie to wygląda w różnych miejscach. W Ankarze można było pójść do pubu i zamówić piwo. Jednak kiedy już dojeżdżaliśmy do Iranu i próbowaliśmy zrobić to samo, cała sytuacja wyglądała inaczej. Gdy sprzedawca dowiedział się co chcemy kupić, to najpierw rozejrzał się czy nikt nie patrzy, potem kiwnął głową, że ma to co chcemy, a na końcu zapakował nam wszystko w trzy arkusze czarnego papieru i nie prześwitującą reklamówkę. Czułem się jakbyśmy kupowali co najmniej kontener kokainy. Następną z takich rzeczy która nas zdziwiła było to, że wszyscy, absolutnie i totalnie wszyscy w pubach i klubach byli ubrani na czarno lub szaro. I jakbyśmy się już mało wyróżniali z tłumu, to w naszych niebieskich ciuchach świeciliśmy w tłumie niczym chromy w Harleyu. Po wyjściu z pubu, ruszamy w stronę obiecanej budy z jedzeniem. Po drodze mijamy na drzewie żółtą, metalową puszeczkę. Robię zdjęcie. &#8211; To w przypadku gdy już albo nie masz siły zadzwonić, albo ktoś ci ukradł telefon- mówi jeden z kolegów Maksa- wołacz taksówek. Wołacz taksówek! Genialne! Dochodzimy do „restauracji” rozprawiając z Maksem o tym czy wołacz pizzy by się sprawdził w Polsce. I dlaczego jakby już się sprawdził, to Maks taki musi mieć u siebie w domu. &#8211; Dobra, więc tak: możecie wziąć coś normalnego- tu nasza gospodyni wymienia różne rodzaje podejścia do tematu kebaba- lub to na co tu przyszliśmy czyli Kokoreç. &#8211; Co to jest? – pytam podejrzliwie, bo nasi Tureccy znajomi się zaczynają dyskutować czy powinniśmy jeść Kokoreç czy nie. &#8211; Hm. Albo polubisz, albo znienawidzisz- mówi jeden z nich. &#8211; Dobra, powiesz nam co to jest,jak już zjemy. – decyduje Maks i bierzemy dwie sztuki. Starsza Pani (serio! 2 w nocy, a ona na wózku na blasze, która mogła być zerwana z dachu jakiegoś baraku smaży mięso!) szybko przygotowała dwie bułki wypełnione mięsną wkładką. Zaglądam do mięsa. &#8211; Nie ma zaglądania- mówi Maks- mieliśmy próbować wszystkiego. Dobra, raz kozie śmierć, czy czemukolwiek co posłużyło za wypełnienie mojej bulki. Zaczynam jeść i faktycznie smak jest dość niecodzienny, jednak Kokoreç bardzo nam przypada do gustu. Kończymy. &#8211; No dobra, co to było?- pytam. &#8211; Smażone jelita kozy- oznajmia Gözde patrząc na naszą reakcję. &#8211; O! W Polsce robimy z tego zupę- cieszy się Maks. &#8211; Wy naprawdę jesteście totalnie nienormalni! Polacy!- prycha jeden z kolegów Maksa.- wybieramy najdziwniejsze co można u nas dostać, a Wy mówicie, że robicie z tego zupę. Parskam ze śmiechu i po chwili wszyscy już rżymy na całą ulicę. *** Nie byliśmy z tych ckliwych osób. Niezbyt potrafiliśmy docenić liścia unoszącego się na popołudniowym wietrze. Rzadko zatrzymywaliśmy się by docenić piękno zachodzącego słońca. W zasadzie się nie zdarzało, żebyśmy zwiedzali muzea i poświęcali chociażby 15 minut, żeby się zatrzymać i popatrzeć na jakieś dzieło. Jednak potrafiliśmy docenić równą drogę, motocykl pod nami, ludzi których poznawaliśmy i to że mamy szansę jechać aż za horyzont. Zdarzały się nam również magiczne chwile. Takie, które pozostają w pamięci na zawsze. Takie momenty, które zmieniają człowieka, lub przynajmniej powodują, że przez chwilę nie myśli o niczym innym. Są one bardzo rzadkie, ale jak się zdarzają, masz wrażenie, że świat podchodzi do Ciebie, trzepie Cię w głowę i woła: „Patrz! Jakie to wszystko jest niesamowite!”. I pierwszy taki moment przydarzył nam się właśnie w Ankarze. Weszliśmy na górę na której stoją ruiny zamku. Najpierw przez godzinę szliśmy przez jedną z najstarszych części miasta, a gdy dotarliśmy na sam szczyt słońce właśnie zachodziło. Nie było nikogo. I w tej ciszy patrzyliśmy na całe miasto, gdy nagle jeden z minaretów odezwał się wzywając do modlitwy. Po chwili dołączyły do niego następne w całym mieście. Staliśmy urzeczeni i nie odzywaliśmy się, aż do chwili gdy nad miastem zapadła totalna cisza. Niestety za pierwszym razem nie wzięliśmy kamery, postanowiliśmy, że następnego dnia przed wyjazdem naprawimy nasz błąd. Jednak nie udało nam się już odtworzyć tej magii. Zdaje się, że do tych magicznych momentów, trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/">MXT 2012 Odc 09: O Kokoreçu i polowaniu na magiczne momenty w mieście zwanym Ankara</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-ankara-i-magiczne-momenty/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">433</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 08: O Tureckiej herbacie, tradycji i najeżdżaniu na stopę.</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 23:00:44 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=431</guid>

					<description><![CDATA[<p>O Tureckiej herbacie opowiadam dość często, jako, że jest to jedna z niewielu herbat które MUSIAŁEM pić. Ale zacznijmy od początku: Wstajemy następnego dnia dość późno, a naszego gospodarza już nie ma. Na stole leży karteczka: „Czujcie się jak u siebie w domu” Ruszamy więc raźno do kuchni- pogrzebać naszemu gospodarzowi w szafkach w poszukiwaniu pożywienia. Zaczynamy robić śniadanie. Jedzenie śniadań to coś, co przytrafiało się nam naprawdę rzadko, zwykle albo nie wstawaliśmy o tej porze, żeby posiłek który jedliśmy nazywać śniadaniem, lub wywiązywał się następujący dialog: &#8211; Jemy czy śpimy jeszcze pół godziny? &#8211; Yhm Aha, czyli śpimy. Jednak tym razem postanowiliśmy coś zjeść zanim ruszymy na całodniowe wałęsanie się po ulicach Stambułu. Siedzimy w tyciej kuchni, gdy nagle z jednego pokoju wychodzi rozczochrany turek i staje jak wmurowany na nasz widok. &#8211; eee… cześć?- raczej pyta niż oznajmia Maks. Okazuje się, że Mehmed zapomniał powiedzieć nam, że mieszka ze sublokatorem, a właściwie dwoma. Chłopaki są policjantami i pracują na nocną zmianę, i wrócili tak zmęczeni, że nie zauważyli naszych rzeczy w przedpokoju, a Mehmed w sumie ich nie uprzedził, że będziemy u niego nocować. Jak się nad tym zastanowić, to chyba powinniśmy być zadowoleni, że nie zostaliśmy postrzeleni przez zaskoczonego i zaspanego policjanta. Zapraszamy współlokatorów do ich kuchni i próbujemy się z nimi dogadać. Angielskiego nie mają opanowanego, ale Maks twierdzi, że zna parę tureckich słów. Szybko okazuje się, że większość to przekleństwa więc wracamy do międzynarodowego esperanto dla głuchoniemych (taka bardziej sportowa wersja kalamburów z możliwością używania wyrazów dźwiękonaśladowczych). Po ciekawym posiłku i paru obowiązkowych szklankach herbaty, poinstruowani rysunkami od nowych kolegów ruszamy na zwiedzanie miasta. Wróć. Herbata! To jest coś co muszę opisać. Jak myślicie, który naród pije najwięcej herbaty na świecie na osobę? Brytyjczycy? A właśnie, że nie! Największym konsumentem jest Turcja! Pije się tu çayı do wszystkiego, na zimno, na gorąco, od rana do wieczora. Çayı jest dobre na posiedzenie ze znajomymi, przerwę w pracy czy picie przed kolacją. Herbata jest dobra nawet na kaca, o czym większość Turków powie Wam przyciszonym głosem, bo pić alkoholu się przecież nie powinno. Jest też dostępna we wszystkich możliwych smakach jakie przyjdą Wam do głowy. I jest tylko jeden szkopuł: NIE ZNOSZĘ herbaty. Tak, muszę się przyznać- darzę herbatę wyjątkowym uczuciem i jest ono zdecydowanie chłodne. Jednak uwierzcie mi, że gdy na całkowitym pustkowiu zatrzymuje Was wojskowa ciężarówka to nagle się okazuje, że wypicie z nimi herbaty jest najlepszym co można zrobić. To tak jak bruderszaft w Rosji. Pomaga budować mosty. Więc trzeba się było przemóc i degustować co dają. Ruszamy na ulice Stambułu. Miasto od razu robi na mnie niesamowite wrażenie. Byłem w wielu miastach Europy, ale to jest zupełnie inne. Chodząc po ulicach, można od razu powiedzieć, że jest się jedną nogą w Azji, a drugą w Europie. Dość powiedzieć, że we wszystkim, od bilboardów, po architekturę zabytków można dostrzec wpływy tak ze wschodu jak i zachodu. Jest też OLBRZYMIE. I duże litery są tu całkowicie na miejscu. Później widzieliśmy wiele miast większych i bardziej zatłoczonych. Jednak jeśli jesteś przyzwyczajony do Europejskich stolic pierwsze spotkanie ze Stambułem może zszokować. Dość powiedzieć, że Stambuł jest powierzchniowo większy np. od Paryża ok. 15 razy. Daje to pewny obraz jak duże i zatłoczone jest to miasto. Mieliśmy tam także pierwsze problemy, jeśli chodzi o poruszanie się po drogach motocyklami. Po pierwsze: jest bardzo gęsto i nawet nam, zaprawionym w bojach w różnych europejskich miastach, trudno było przemieszczać się. Po drugie: tureccy kierowcy to pierwsi, którzy zaprzestali używać kierunkowskazów i jakichkolwiek świateł, a polegają na przyjaznym, bądź nieprzyjaznym trąbieniu. Po trzecie: byliśmy traktowani na drodze jak trochę większy rower. W tym pierwszym dniu przedstawiciel tureckich kierowców postanowił przywitać nas w największym mieście jego kraju w dość osobliwy sposób: najeżdżając mi na stopę. Nie wiem, czy to zwyczaj jakiś, ale odpowiedziałem mu grzecznie międzynarodowym znakiem pokoju. Oprócz tego incydentu było naprawdę miło i spędziliśmy dobre 11 godzin, zwiedzając, oglądając, robiąc zdjęcia i ogólnie chłonąc klimat miasta. Nie wiem czy jest sens rozpisywać się nad zabytkami. Znajdziecie to w każdym przewodniku. Napisze tylko, że mieliśmy okazję zobaczyć m.in Hagę Sofię, Błękitny Meczet i Wielki Bazar. Polecam wszystkie trzy, a w szczególności to ostatnie. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do bazarów. No, ale o tym później… Spędzamy w Stambule trzy dni. W międzyczasie po raz pierwszy myjemy motocykle w małej ręcznej myjni pod domem naszego gospodarza. Dogadujemy się z chłopakami, którzy tam pracują bardzo szybko i za połowę ceny dostajemy mycie magicznym tureckim środkiem, który ma spowodować, że: „motocykle będą lśniły, a dziewczyny będą się za nami oglądały”. Nie udało nam się dowiedzieć, czy motocykle też będą szybsze i czy będą mniej spalać. Chłopaki nie chcą nic obiecywać. Dostajemy też w zestawie z myciem… herbatę, co jest swoistym standardem w Turcji. Idziesz do fryzjera? Herbata! Tankujesz benzynę? Herbata! Co byś nie robił, w cenę wliczony jest ten złocisty (prawie) napój. Wieczorem po raz pierwszy siadamy z naszym gospodarzem do dłuższej rozmowy. Pytamy o życie w Turcji, zwyczaje, o rady: czego mamy się wystrzegać? Czego nie mówić, bądź nie robić? Okazuje się, że Turcja to bardzo skomplikowany kraj. Z jednej strony muzułmański, ale z drugiej bardzo ciągnący do Europy i zwyczajów „zachodnich”. Na koniec nasz gospodarz pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny. &#8211; To moja przyszła narzeczona- oznajmia z dumą. &#8211; Przyszła? To jakie plany?- pyta się Maks z uśmiechem. Okazuje się, że to także nie jest najprostsze. Mehmed pracuje teraz po dwanaście godzin dziennie i oszczędza, żeby uzbierać na prezenty dla narzeczonej. Opowiada nam o zwyczaju, który panuje u Niej, a także w wielu innych „tradycyjnych” rodzinach. Otóż, gdy chłopak chce się starać o rękę dziewczyny najpierw musi zjednać sobie przychylność całej familii. Jak? Może raz na jakiś czas przychodzić do domu rodzinnego dziewczyny i obdarowywać ją, a także jej najbliższych. I właśnie na te prezenty nasz gospodarz zbiera pieniądze. Potem, gdy zostanie „przyjęty”, może zacząć zbierać na wyprawienie zaręczyn, które odbywają się w jego i jej rodzinnym domu. A potem już z górki. Ślub i mogą przestać ukrywać, że się widują. &#8211; Co? – pytam.- To wy ze sobą się spotykacie, ale się ukrywacie? &#8211; No. Nie możemy się przyznać, że się widujemy. Przecież nie zostałem jeszcze oceniony przez jej rodziców jako dobry kandydat na męża. – odpowiada jakby to była najjaśniejsza rzecz pod słońcem.- często się widujemy: raz, czasem dwa w miesiącu- dorzuca. &#8211; I wszyscy tak robią?- pytam. &#8211; No, większość, która jest w takiej sytuacji. &#8211; Ale nie sądzisz, że skoro to i tak taka ściema to może warto by to zmienić?- pytam, jednocześnie naiwnie i przewrotnie. &#8211; To tradycja- odpowiada. Z tym nie mogę dyskutować. Tradycja czasem jest piękna i można ją podziwiać w strojach, języku, ozdobach, czy niesamowitych rytuałach. Czasem jest kajdankami, które nie pozwalają ludziom myśleć w inny sposób niż ten jeden, odgórnie narzucony i akceptowalny. Czasem spaja społeczeństwo kraju, a czasem powoduje, że ludzie są w ciągłym sporze. Trudno ocenić jej wpływ i wydaje mi się, że nie powinienem tego robić. Muszę jednak napisać, że w momencie wyruszania na tą wyprawę wydawało mi się, że wszyscy na całym świecie myślimy bardzo podobnie. Oczywiście nie byłem, aż tak naiwny, żeby myśleć, że nie ma różnic. Jednak założyłem, że logika myślenia będzie podobna. Że może ścieżka dochodzenia do rozwiązania problemu będzie inna, ale efekt ten sam. Olbrzymi błąd. Pokaż jedną rzecz w Europie, Azji czy Ameryce Południowej i będziesz miał trzy zupełnie inne spostrzeżenia. Pierwszy raz uderzyło mnie to i zafascynowało właśnie tego wieczoru w Stambule. To jedna z rzeczy, które są tak niesamowite w podróżach. Pisałem już, że poznaje się nowych ludzi. Ale nikt jakoś nie myśli o tym (a przynajmniej ja o tym nie myślałem), że im więcej ludzi, którzy różnią się od Ciebie spotykasz, tym więcej poznajesz kątów patrzenia na świat. Podróże kształcą. W to wątpić nie można. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/">MXT 2012 Odc 08: O Tureckiej herbacie, tradycji i najeżdżaniu na stopę.</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-tureckiej-herbacie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">431</post-id>	</item>
		<item>
		<title>MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</title>
		<link>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/</link>
					<comments>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wróbel]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 13 Feb 2015 22:56:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Turcja]]></category>
		<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>
		<category><![CDATA[MXT 2012]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://www.xpresstour.pl/?p=429</guid>

					<description><![CDATA[<p>Poranek wita nas idealną pogodą, jest ciepło, ale jeszcze nie na tyle gorąco, żeby nasze ubrania przykleiły się do ciał, a opony do asfaltu. Spanie w namiocie ma tą zaletę, że namiot szybko się nagrzewa, gdy wychodzi poranne słońce. Nagrzany namiot jest bardzo ciężki do wytrzymania, szczególnie, gdy zawiera dwóch facetów, więc już o 9 byliśmy na nogach. Maks zarządził trening motocyklowy na piasku, więc zebraliśmy rzeczy, wrzuciliśmy do namiotu i stargaliśmy motocykle na plaże. &#8211; Dobra, zaczynasz tak- Maks pokazuje mi jak trzymać nogi, jak dodawać gazu i utrzymać się na motocyklu który uparcie cały czas szedł bokiem. Wreszcie opanowałem teorię na tyle, żebyśmy przejechali się w tą i z powrotem po pustej plaży i muszę przyznać, że zabawa była przednia. Pierwszą glebę zaliczył mój nauczyciel. Stawiam swój motocykl, podbiegam. &#8211; Nic Ci nie jest? &#8211; Nie, najadłem się tylko trochę piasku.- mówi, spluwając na plażę. Okazuje się, że podczas krótkiego lotu nie udało mu się przygotować telemarku i wpadł twarzą prosto w najbardziej sypki, suchy piasek. Ma go dosłownie wszędzie. &#8211; No to śniadanie masz już za sobą. Zaczynam się śmiać, ale pomagam mu podnieść motocykl, który niestety zakopuje się w miejscu lądowania. Maks nie może wyjechać, więc wybieram „najmądrzejszą” opcję, staje za motocyklem i trzymając za stelaże próbuję go wypchnąć z piachu. Nie wiem, czy to gorąco, czy morska bryza, czy coś innego spowodowało, że w tym momencie postanowiłem porzucić zwyczaj korzystania z szarych komórek, no ale stało się. Maks ruszył, a ja dostałem fontanną piasku z pod kół prosto w twarz. &#8211; %^&#38;*(&#38;! Nienawidzę off roadu! W ten sposób stajemy przed dylematem: wykąpać się w morzu i być całym w soli, czy nie wykąpać się i być całym w piasku? Dochodzimy do wniosku, że sól może jest mniej szkodliwa i pakujemy się do morza. Następnie wrzucamy rzeczy na motocykle i dojeżdżamy do granicy grecko- tureckiej. Okazuje się, że prosto nie jest. Celnicy co prawda nie sprawdzają zbyt dokładnie dokumentów, ale stanowisk do sprawdzania jest pięć, a każdy celnik musi sobie trochę pogadać. &#8211; Wej arr jou going? &#8211; Istambul &#8211; Waj? No jak to „waj”? Jako, że wyrabiałem przed wyjazdem nowy paszport i miałem długą brodę i włosy do zdjęcia, wyglądam w nim jak Syryjski bojownik o wolność. W każdym razie trochę trotylu, turban i byłbym nie do rozpoznania. Turcy więc biorą mnie prawie za swego wracającego z obczyzny. Inna sprawa z Maksem, Maks wydaje im się podejrzany. Nie pasuje im, że jakiś gość w blond dreadach o głowę od nich wyższy chce wjechać na motocyklu do Turcji. Chyba ponownie kłania się teoria szpiega obcego mocarstwa. Swoją drogą to ciekawe, bo powiem Wam, że wzrost, kolor i rodzaj uczesania Maksa wielokrotnie pozwoliły mi znaleźć go w tłumie na ulicach Ankary, Delhi czy Bangkoku. Nie było więc mowy o wtopieniu się w tłum. Niezależnie jak długo mój towarzysz podróż się opalał. Jednak z jakiegoś powodu służby celne zawsze uważały, że jak ktoś się tak od nich rożni to na pewno szmugluje głowice nuklearne na motocyklu. &#8211; Turism- odpowiada Maks uśmiechając się od ucha do ucha. &#8211; mhm- spojrzenie na paszport, na Maksa i jeszcze raz na paszport. Tak, żebyśmy wiedzieli, że służby Tureckie mają nas, czy raczej jego, na oku- ok, go! I tak na pięciu bramkach. Na każdej kolejnej wbijanie wizy, wizy dla motocykli, sprawdzanie czy mamy wizę, czy mamy motocykle, czy to te motocykle co w paszporcie, a nuż podmieniliśmy między bramkami i tak w kółko. Ale wszystko to robione mało dokładnie i trochę tak na pokaz, żebyśmy byli świadomi, że Państwo Tureckie czuwa. Wjechaliśmy! Zaraz za granicą dostrzegamy stację benzynową. Mamy pełne baki, bo Grecy ostrzegli nas, że w Turcji paliwo jest drogie, ale gdy widzimy ceny to aż nas mrozi- 40% drożej niż w Polsce.No cóż, motocykle będą musiały przestać palić, nie ma innej rady. Jedziemy wybrzeżem, a zachodzące słońce świeci nam w plecy. W Istambule mamy aż dwóch hostów, obaj to koledzy Maksa z Erazmusa w Portugalii. Pomimo, że zbliżamy się do miasta to jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie będziemy spać. W pewnym momencie dzwoni nasz wyprawowy telefon. &#8211; Maks, muszę zostać w pracy dłużej, będę dopiero koło północy w domu- jeden z kolegów ułatwił nam wybór. &#8211; Dobra, dzwoń do tego drugiego, że przyjeżdżamy- stwierdzam. Maks dzwoni i wdaje się w dość długą dyskusję. &#8211; Ok, powiedział, że nie może nas przenocować, ale siostra jego kuzyna ma syna, który zna gościa, który nas przenocuje i do tego po nas przyjedzie. Chwilę się zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że nie warto pamiętać koligacji naszego gospodarza i jak będzie chciał to sam nam przedstawi swoje drzewo genealogiczne. Ważne, że mamy nocleg. &#8211; Dobra, daj, zadzwonię do niego- przejmuję telefon. Facet, który odbiera ma problem ze złożeniem zdania po angielsku i cały czas powtarza „yes”. &#8211; To gdzie się spotykamy? &#8211; yes, yes &#8211; centrum? &#8211; yes, yes Ok. Nic się nie dowiem. Żegnam się z nim czule, obiecując, że jeszcze zadzwonimy, ale jestem pewny, że nic nie zrozumiał. &#8211; Maks, nie damy rady z tym gościem się dogadać- wyrażam swoją wątpliwość. &#8211; Chociaż spróbujmy, może jest spoko? Może przez telefon tylko tak słabo się z nim dogaduje? Uwielbiam Maksa za jego bezgraniczną wiarę w ludzi i niepohamowany optymizm. Wysyłamy mu sms-a: „Napisz gdzie mamy przyjechać”. Dostajemy zwrotnie jakąś nazwę. Dojeżdżamy do Istambułu i zaczepiamy ludzi pokazując im nazwę na telefonie. Większość nie wie o co nam chodzi, część pokazuje kompletnie rozbieżne kierunki, wreszcie trafiamy na nauczyciela angielskiego. &#8211; To jest centrum handlowe- oświadcza. Wreszcie! Coś mamy! No to teraz gdzie ono jest?- tylko wiecie, u nas są dwa takie w dwóch częściach miasta, do którego potrzebujecie?- gasi nasz entuzjazm. Dzwonię do naszego przyszłego gospodarza. &#8211; Yes, yes?- dobra, jestem o krok, od zabicie gościa przez słuchawkę. Podaję telefon nauczycielowi. Zaczyna się żywiołowa dyskusja i już po chwili wiemy gdzie mamy jechać, nauczyciel pokazuje nam na telefonie adres, wrzucamy w nawigację i trafiamy do centrum handlowego. Poznajemy naszego przyszłego gospodarza. Niestety nie zrozumiał od kolegi,  kuzyna, siostry… no od znajomego Maksa, że jedziemy na motocyklach i że nie mamy dla niego nie dość że miejsca, to kasku. Jest bardzo zawiedziony. Okazuje się także, że ma miejsce do spania, ale nie do końca. Nie jest w stanie wyjaśnić co „nie do końca” znaczy. Zaczynam mieć poważne wątpliwości. Próbujemy dowiedzieć się gdzie mamy jechać, ale niestety nasz gospodarz nie jest w stanie zlokalizować na mapie Istambułu gdzie mieszka. Wpada na genialny pomysł: &#8211; Ja wsiądę do autobusu, wy za autobusem. Jako pokładowy nerwus naszego teamu mam ochotę powiedzieć mu, żeby biegł przed motocyklem, ale Maks patrzy na mnie, i dobrze rozumiejąc, że zaraz wybuchnę mówi: &#8211; Dajmy mu szanse, facet nas nie zna i chce nas przenocować. Jak coś to jutro się do Mehmeda przeniesiemy, a już jest 22:00 teraz coś szukać to będzie masakra. Ma racje. Nienawidzę jak ktoś ma rację, szczególnie taką, która mi nie pasuje. &#8211; Dobra niech wsiada do autobusu. Podjeżdżamy do najbliższego przystanku i czekamy z motocyklami na autobus wzbudzając nie małą sensację wśród pasażerów. Wreszcie podjeżdża autobus i nasz gospodarz wsiada. Jedziemy za autobusem z 10 minut po czym zjeżdża on na pas autobusowy, a potem na zajezdnię, przed którą zatrzymuje nas policjant. &#8211; No, no, no- macha ręką, że nie możemy dalej jechać za autobusem. Dochodzę do wniosku, że 66% Turków, z którymi rozmawiałem od wjazdu do Istambułu porozumiewa się monosylabami. Patrzymy jak nasz niedoszły gospodarz odjeżdża w siną dal. Maks podnosi szybę w kasku. &#8211; Zadzwonię do Mehmeta, że nie przeszkadza nam, że wraca o północy, jeśli nas przyjmie.- proponuje. &#8211; Dobra. Odpalamy motocykle i odjeżdżamy z powrotem na parking centrum handlowego. Nie zauważyliśmy nawet, że zostawiamy za plecami ciągle machającego za nami policjanta w rytm jego „no, no, no”- chyba chciał mieć pewność, ze zrozumieliśmy przekaz. Do Mehmeta docieramy szybko. Mieszka dość daleko od centrum. Wszystko zamknięte, pustki na ulicach, ciemno i cicho. Po jakimś czasie zauważamy ostatni otwarty sklep, podjeżdżamy i pokazujemy adres. Pani za kasą, gdy tylko nas zauważa obdarza nas szczerym, lecz nieco wybrakowanym uśmiechem. Pokazujemy jej adres, a ona wychodzi zza kasy i pokazuje nam palcem gdzie mamy jechać. Machamy chwilę rękami wraz z nią, ustalając kolejne kierunki. Dziękujemy jej pięknie i już wsiadamy na motocykle, gdy pani znowu wybiega ze sklepu i wręcza nam po bułce z mięsem. Jeszcze raz dziękujemy i ruszamy do mieszkania Mehmeta. Ale miło! Jest pierwsza w nocy, gdy Mehmet otwiera nam drzwi. &#8211; Myślałem, że już nigdy nie dotrzecie.- wita się serdecznie z Maksem. &#8211; My też- przyznaję. Jesteśmy zmęczeni, brudni, i nadal czujemy na sobie sól i piasek z rana. Zasypiamy w ciągu 15 minut. NASTĘPNY ODCINEK</p>
<p>Artykuł <a href="https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/">MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach</a> pochodzi z serwisu <a href="https://wanderingsparrows.pl">Wandering Sparrows</a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://wanderingsparrows.pl/miejsca/azja/turcja/mxt-2012-o-zabawie-motocyklem-w-piachu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>1</slash:comments>
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">429</post-id>	</item>
	</channel>
</rss>
