Turcja

MXT 2012 Odc 10: Wiza do Iranu i dlaczego wszystko smakuje jak kurczak?

Wiza do Iranu to jedna z tych których nie udało nam się załatwić w Warszawie. Usłyszeliśmy jednak, że można ją całkiem łatwo dostać w Turcji… ale po kolei.

Następnego dnia wstajemy, i po szybkim pakowaniu i odwiedzeniu twierdzy górującej nad Ankarą zbieramy się w dalszą podróż. Cel na dziś to Trabzon. Przy wyjeździe z Ankary nagle wśród generalnego hałasu z lusterka znika mi Maks. Zatrzymuję się i obracam. Motocykl Maksa leży, a on próbuje go podnieść. Odstawiam Hakunę i podbiegam.

– Nic Ci nie jest?- pytam.

– Nie –odpowiada i wskazuje ruchem głowy na ulicę- Olej jest rozlany na drodze. Faktycznie na środku naszego pasa błyszczy się czarna plama. Jechaliśmy bardzo wolno, więc straty są symboliczne. Rozdarta sakwa, którą szybko naprawiamy „trytkami” i zgięta dźwignia zmiany biegów, którą oczywiście odginamy.

P1020046

Wielokrotnie byliśmy pytani: czemu nie mamy kufrów na motocyklach?

Najlepiej takich aluminiowych i błyszczących. Jak ci podróżnicy z telewizji. No cóż… po pierwsze takie kufry są cholernie drogie, nie wiem czy zestaw takich kufrów nie byłby droższy od naszych motocykli. Biorąc pod uwagę, że nasza wyprawa miała symboliczny budżet to na tym argumencie moglibyśmy skończyć, ale muszę dodać coś czego się nauczyliśmy w trakcie tego roku: sakwy można zszyć, lub załatać chociażby i sznurkiem od majtek. W każdych warunkach, niezależnie od szerokości geograficznej, pogody, czy stopnia zurbanizowania okolicy. Każdy ma gdzieś sznurek do majtek.

Stworzyliśmy w ciągu podróży wiele prawd wyjazdowych, jedna z nich brzmi:

jeśli nie możesz czegoś naprawić podstawowym zestawem narzędzi i srebrną taśmą i trytkami to na 90% nie będziesz mógł tego naprawić nigdzie po drodze.

Często po prostu trudno dostać części, lub kogoś kto w ogóle będzie wiedział jak się zabrać za naprawę bardziej skomplikowanych gratów. Dość powiedzieć, że z tego powodu przez 3 miesiące robiliśmy zdjęcia bez ekranu w aparacie.

Dlatego właśnie (oprócz kwestii finansowej) nie zdecydowaliśmy się na kufry. Wystarczyłby ten drobny incydent z Ankary i musielibyśmy szukać kogoś, kto wyklepie nam miejsce na bagaż. Trzeba by było szukać, czekać, i co najgorsze: płacić. A tak, teoretycznie wystarczyła by gumka od majtek i sakwa znowu na chodzie. Z podobnego powodu zdecydowaliśmy się na najprostsze motocykle które mogliśmy kupić. Kto jeździł ten wie, że XT’ki to w zasadzie rama, silnik, koła i kierownica. Żadnej elektroniki, żadnego kombinowania. Proste jak budowa cepa, a przez to łatwe do naprawienia nawet i młotkiem.

I młotkiem czasami zdarzało nam się je poganiać.

Po akcji ratunkowej wyjeżdżamy w trasę. Jedzie nam się rewelacyjnie, piękny, nowy asfalt, ciepło, ale nie na tyle gorąco, żeby gałki oczne zagotowały się pod kaskami. W zasadzie zatrzymujemy się jedynie wtedy, kiedy musimy zatankować czyli co jakieś 200- 250 km. Dojeżdżamy do wybrzeża Turcji. Ah! Cudownie, teraz do słońca i równego asfaltu doszła lekka morska bryza. Zwalniam do prędkości spacerowej i podnoszę szczękę kasku.

P1020042

– Może obiad sobie zrobimy na wybrzeżu?- mówię. Chociaż w sumie nie wiem po co pytam. Jeżeli jedna z odpowiedzi równa się możliwości zjedzenia czegoś, to raczej jasne, że Maks ją wybierze.

– Jasne, zatrzymajmy się na zakupy- proponuje.

Zatrzymujemy się przy pierwszym większym sklepie.

Maks zostaje z motocyklami, a ja jako pokładowy kucharz (jak się nie ma co się lubi, to się je co się ma) idę do sklepu. Wychodzę po trzech minutach. Moja ponura mina mówi sama za siebie.

– Jak dziś zjemy to będziemy musieli pościć aż do Iranu- mówię

– Aż tak drogo? –pyta Maks.

– No jeśli chcesz zjeść cokolwiek to tak- odpowiadam- chyba, że jemy bez mięsa.

– Bez mięsa to nie obiad- stwierdza- trudno, kupuj, najwyżej będziemy musieli na coś zapolować.

Kupuję „po taniości”. Najtańsze warzywa, placki pszenne, oraz mięso, które na pewno ma bogatą historię, ale bardzo, bardzo nie jestem jej ciekawy.

Pomimo, średniej jakości składników robimy jeden z lepszych obiadów od wyjazdu z domu.

Chociaż w tym przypadku raczej decyduje o tym sceneria niż moje umiejętności kucharskie. Siedzimy przy stolikach opuszczonej restauracji, a zachodzące słońce grzeje nas w twarz. Chciałoby się tak siedzieć bez końca, ale mamy jeszcze prawie 300 km do zrobienia. Pakujemy się ciężsi o chyba pięć kilogramów na motocykle i ruszamy w kierunku Trabzonu. Dojeżdżamy na miejsce już bardzo późno.

Dzwonimy do hosta i dostajemy bardzo dokładne wskazówki jak dojechać do jego domu. Jedziemy według wskazań i lądujemy na lotnisku. Dobra, coś pomyliliśmy. Zawracamy, jedziemy raz jeszcze i lądujemy ponownie na lotnisku. Po paru podejściach wreszcie docieramy do Çağatay’a, który okazuje się przemiłym facetem. Problemem jest jedynie to, że nasz host mieszka w dzielnicy, która przypomina skrzyżowanie Wrocławskiego Nowego Dworu z Trójkątem. Jednym słowem to takie miejsce,  w którym powstają standardowe blokowiskowe przysłowia jak (cytat): „nie ma mocnego na kant kubła”, a ilość żelaza w organizmie może zostać zdecydowanie podniesiona poprzez kosę w żebrach.

Mamy pewne wątpliwości co do zostawiania naszych oklejonych motocykli pod blokiem.

– Dobra, dawajcie je do klatki- zarządza nasz gospodarz.

Jestem zmęczony, w końcu przejechaliśmy prawie 800 km. Nie chce mi się protestować, ani kombinować, wprowadzamy motocykle, gdy nagle wychodzi sąsiadka z najniższego piętra i zaczyna terkotać coś do naszego gospodarza. Ten uspokaja ją i po chwili kobieta znika.

– Co jej powiedziałeś?- pytam.

– Że jesteście z telewizji, i że będziecie kręcić dokument o Trabzonie – uśmiecha się rozbrajająco. Niegłupio. Wrzucamy wszystkie bagaże do windy która była przewidziana na 1,5 osoby i stłoczeni niczym miesięczny paprykarz szczeciński jedziemy na najwyższe piętro. Dostajemy pokój i kawałek podłogi do spania. Wreszcie! Padamy na twarz.

P1020086

***

Przyjechaliśmy do Trabzonu w zasadzie w jednym celu: wiza do Iranu. W Polsce powiedzieli nam, że ta przyjemność będzie trwała co najmniej miesiąc i musimy zdobyć specjalne zaproszenie od biura turystycznego z tego kraju. Jednak po przeczytaniu części, a nawet sporej części, internetu dowiedzieliśmy się, że w Trabzonie da się wizę wyrobić szybciej. Nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa, ale lepiej jest przecież siedzieć w cieple nad wodą i czekać, niż krążyć czekając między Wrocławiem a Warszawą.

Dlatego następnego dnia wyruszamy do ambasady Irańskiej. W poczekalni ilość osób na metr kwadratowy przypominała mi windę z dnia poprzedniego. Każdy mówił w innym języku, więc panuje też niemiłosierny gwar. Rozpoznajemy portugalski i hiszpański, a także typowy brytyjski angielski. Po chwili podchodzi do nas dziewczyna. Niemka- strzelam. Przyglądam się uważniej.

Na pewno Niemka.

– Hej, jedziecie do Iranu? –pyta. Rozglądam się po poczekalni. Sami obcokrajowcy z wnioskami o wizę w ręku.

Nie, to napad, dawaj kasę i klucz do sejfu!- myślę, ale grzecznie się uśmiecham i mówię:
– Tak, gdzie się składa wnioski?
– Na stole są formularze, trzeba wypełnić i za 15 minut zbiorą od wszystkich.

Siadamy i zaczyna się wypełnianie.

Wiza do Iranu jeśli o to chodzi nie różni się od każdej innej. Standardowa procedura: imię, nazwisko, nazwisko matki, rozmiar buta babci, miejsce urodzenia, czy masz powiązania z grupami terrorystycznymi? Takie tam, podchwytliwe pytania wizowe. Kątem oka widzę, ze Niemka siadła obok nas i sprawdza co wpisujemy. Wypełniam i nagle docieram do linijki: na ile dni chcesz dostać wizę? Zaczynam się zastanawiać. Standardowo, było chyba na 30 dni. A może na 14? Nie pamiętam, a nie ma teraz jak sprawdzić.

– Na ile bierzemy?- pytam Maksa.

– Lepiej wypełnić na mniej, bo na więcej nie dają- podpowiada nam Niemka- a zwykle ponoć jest tak, że dajesz na mniej i dostajesz na więcej. No, że niby nie potrzebujesz wizy na dłużej. Ja biorę na 5 dni, zobaczą, że chce na mniej i dostanę pewnie dwa tygodnie. Wy też tak powinniście zrobić.

Pokrętna logika. Nie lubię jak ktoś powtarza coś czego nie jest pewny i przy tym próbuje innym wcisnąć tą teorię jako prawdę objawioną. Przeczytałem na forach, że nie zdarza się, żeby odmówili wizy do Iranu w tym konsulacie. No chyba, że przy pytaniu „Czy należysz do grup terrorystycznych?” dasz „zdecydowanie tak”.

Wtedy jesteś sam sobie winien.

– Trzy tygodnie? –pytam Maksa.

– Dobra

Niemka zagląda nam przez ramie.

– Nie dają na tyle- stwierdza.

Wzruszam ramionami. Nie dadzą? To przyjdziemy jutro i złożymy kolejny wniosek.

Po chwili otwiera się okienko i przemiły Pan zbiera od nas wnioski wydając nam kwity do banku na wpłacenie „opłaty wizowej”. 75 euro. Pfff, drogo, ale dobra, niech będzie. Co możemy zrobić? Pikietować? To tylko 15 euro więcej niż w Polsce.

– Kiedy możemy liczyć na decyzję?- pytam.
– Proszę zapłacić i wrócić z potwierdzeniem- odpowiada.
– Ale kiedy możemy liczyć na odbiór wiz? – ponawiam pytanie. Może mnie nie zrozumiał?
– Proszę pójść zapłacić i wrócić po zapłaceniu, wizy będą gotowe. –powtarza patrząc na mnie jak na upośledzonego.
– Dziś? – pytam zdziwiony.
– Tak, oczywiście.

O! To trochę szybciej niż w Polsce.

Jedziemy do banku w którym akurat trafiamy na ogólnoturecki dzień załatwiania najdłuższych spraw bankowych. Nie zrażamy się jednak, bo jeśli załatwienie wizy ma trwać jeden dzień to sumarycznie i tak jesteśmy do przodu jakieś 280 godzin. Maks jako starszy specjalista w wytrwałości i mistrz opanowania[1] zostaje, żeby opłacić rachunek, a ja dostaje równie odpowiedzialne zadanie pilnowania motocykli.

Wbrew pozorom Maks wraca dość szybko, pakujemy się na motocykle i wracamy do konsulatu. Oprócz nas jeszcze nikogo nie ma więc siadamy i czekamy. Po godzinie, gdy wszyscy już wrócili z banku pojawia się znowu przemiły pan w okienku który zbiera wszystkie potwierdzenia i już po chwili rozdaje paszporty. Otwieram swój,

– Przyznane na 21 dni – oznajmiam uśmiechnięty.
– Patrz, mi też – Maks również zagłębił się w lekturę dokumentu.

No to jedziemy do Iranu! Wychodząc mijamy Niemkę, która z wielkimi oczami patrzy się w swój otwarty paszport.

– I jak? –pytam. Tak, wiem złośliwy jestem.
– 5 dni.
– To chyba nawet nie zdążysz dojechać do Teheranu i wrócić- mówi kręcąc głową jeden z Brazylijczyków, który obok niej stoi.

Oprócz jednego Brytyjczyka, któremu władze Irańskie odmówiły wizy, ponieważ pochodzi z Wielkiej Brytanii wszyscy dostali pozwolenia na tyle ile zażądali w wniosku. Szybko, sprawnie i łatwo. Może nie tanio, ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Wieczorem robimy przegląd rzeczy i porządkowanie w sakwach.

Maks zszywa dokładnie swoją rozerwaną poprzedniego dnia. Przychodzi nasz host.

– Chłopaki jesteście głodni?– pyta- Znam taką budę przy plaży, mają tylko jeden rodzaj ryby, ale robią ją niesamowicie.

P1020100

Obaj się uśmiechamy. Szykuje się powtórka z Ankary. I chociaż jedyną rzeczą, której nie lubię obok herbaty są ryby, postanawiam spróbować specjału z Trabzonu.

Zbieramy wszystko co leży na podłodze i wrzucamy do sakw, po czym zbieramy się i ruszamy z naszym gospodarzem na kolację. Po drodze rozmawiamy o warunkach życia w Turcji i Polsce, o uczelniach, o religii i polityce. Pomimo, że nasz host ma zupełnie inne przekonania niż my rozmowa klei się i dostarcza nam dużo nowych informacji. W końcu postanawiam zadać pytanie, które od tego momentu często zadawałem naszym gospodarzom.

– Çağatay, z czym kojarzy Ci się Polska?
– No, oczywiście z pięknymi kobietami.- odpowiada z uśmiechem- byłem raz w Krakowie, ależ Wy macie tam fajne dziewczyny!

Tak. To odpowiedź, która często się powtarzała.

Polska na świecie jest kojarzona głównie z pięknymi kobietami i dobrą wódką. Raz nawet usłyszałem teorię, że Rosyjska wódka jest po to, żeby się upijać, ale Polska jest po to, żeby docenić dobry alkohol. Chociaż osobiście sądzę, że jeśli wódka zaczyna Ci smakować to masz problem. Oczywiście po kobietach i wódce był papież, długo, długo nic i Robert Lewandowski, bądź Boniek w zależności od wieku pytanego.

Docieramy do budy z jedzeniem. Ryba okazuje się tutejszym gatunkiem, którego nie znam, zawiniętym w folię i smażonym z przyprawami na grillu. Smakuje jak kurczak[2] z domieszką tego co morze wyrzuciło na brzeg. Całkiem niezłe jak na rybę.

Wracamy do mieszkania, siedzimy jeszcze chwilę na balkonie paląc sziszę i rozmawiając.

Zbieramy się i idziemy spać.

Jutro w drogę do Iranu.

[1] Zdolności te można nabyć na poczcie i w urzędach miejskich

[2]Nigdy nie ufajcie komuś kto mówi, że coś smakuje jak kurczak. Nic nie smakuje jak kurczak, po prostu mamy problem z wymyśleniem smaku dlatego wybieramy coś co jest najbardziej neutralne. Tarantula nie smakuje kurczakiem, żaby też nie, tak samo szarańcza. Wiem bo próbowałem. A pomimo to może mi się przytrafić, że będę coś porównywał do kurczaka. Proszę wziąć na to poprawkę.

NASTĘPNY ODCINEK

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz