Indonezja,  Promo

Bali – co warto, a co nie do końca

Z pełną premedytacją spędziliśmy na Bali 3 kolejne tygodnie. Mieszkaliśmy w hipstersko-surferskim Canggu i w yoginsko-natchnionym Ubud, ale też zrobiliśmy ponad 600 km po wyspie na skuterze. Dzięki temu mam wrażenie, że możemy mniej-więcej opisać, co nam się podobało, a co nas wkurzało na tej super popularnej Indonezyjskiej wyspie.

Zacznijmy może od pozytywów.

Co nam się podobało:

Uśmiechnięci, pozytywni ludzie.

To zdecydowanie najprzyjemniejsza część przyjazdu na Bali. Balijczycy są wiecznie uśmiechnięci (nawet bardziej niż Tajowie) i pozytywnie nastawieni do obcych. Rozmawianie z totalnie obcymi ludźmi tutaj to przyjemność sama w sobie.

Wszechobecna zieleń.

Przez pogodę (znaczy, prawie codzienne deszcze i temperaturę wiecznie w okolicy 30 stopni) rośliny mają tu raj. Ma się wrażenie, że nawet wsadzony w ziemię parasol wypuści zaraz liście. W rezultacie gdzie nie spojrzycie tam piękna soczysta zieleń.

Różnorodność terenu.

Bali jest dużo większa niż ją zapamiętałem. Jest też mocno zróżnicowana. Od białych (No dobra, żółtych) plaż na południu wyspy, wraz z ich pięknymi klifami, poprzez wulkaniczno-surferskie miejscówki, dżunglę w okolicy Ubud, po pola ryżowe i wulkany na których temperatura spada do 16 stopni Celsiusza. Jednym słowem, niezależnie od tego czego szukacie to pewnie tu to znajdziecie.

Europejskie jedzenie.

Jeśli ktoś nie jest fanem kuchni azjatyckiej to mogę spokojnie przyznać, że Balijczycy robią najlepszą pizzę, Burito i hamburgery jakie jadłem w Azji. Nie wiem czy to kwestia tak wielu ekspatów na wyspie, czy po prostu moda, ale pod tym względem ciężko narzekać.

Miejsca które polecamy:

Sacred monkey forest.

Sanktuarium małp, w którym można zrobić sobie zdjęcie z tymi cudownymi zwierzętami i dać się okraść ze wszystkiego co można zjeść i z części tych rzeczy, które tylko na takie wyglądają. Warto, a jeśli podróżujecie z dzieciakami to nawet trzeba. 

Leke leke Waterfall.

Na Bali jest od groma i jeszcze trochę wodospadów, ale ten był najrzadziej odwiedzanym przez turystów. Dzięki temu mieliśmy go tylko dla siebie. Trzeba się trochę namęczyć, żeby do niego dotrzeć (trochę, bez przesady), ale totalnie warto. 

Blue lagoon beach.

Jedna z plaż na wschodzie wyspy. Sama w sobie to takie 7/10, jednak zabawa zaczyna się, gdy zanurkujecie w jej pobliżu. Dyzia spotkała tam pierwszy raz w życiu żółwia morskiego i nadal dochodzi do siebie (jedno z marzeń życiowych). Pod wodą ta miejscówka zdecydowanie dostaje dodatkowe 2 punkty.

Plaże na południu wyspy (nyang nyang, dreamland, balangan).

Jedyne w miarę czyste i naprawdę ładne plaże na wyspie. Jest ich sporo i do większości trzeba zejść, lub zjechać po dość stromych klifach. Jednak warto, bo widok jest świetny, szczególnie jak uda Wam się ustrzelić początek sezonu surferskiego.

Pola ryżowe Jatiluwih.

Jeśli pola ryżowe na Bali to właśnie te. Wpisane na listę UNESCO i zdecydowanie najpiękniesze z tych które widzieliśmy na wyspie. Nawet ten bilet za 40k IDR (10 zł) to logiczna opłata.

 

Co nam się nie podobało:

Europeinizacja (zachodnizacja?).

Od cen, przez wystrój, design i na klimacie hipstersko-bezglutenowym skończywszy. Bali to najbardziej zachodnia-like i turystyczna wyspa na jakiej byłem w Azji. Trudno się temu dziwić zważywszy na jej popularność, niemniej trochę brakowało nam tego azjatyckiego klimatu.

Brud.

Widzieliście może jak pare tygodni temu internet obiegł filmik w którym Brytyjczyk płynął przez morze śmieci (to było na pobliskiej wyspie – Nusa Penida). Wyrzucanie śmieci z okien jadących samochodów, góry syfu przy drogach w których grzebią bezdomne psy, śmieci walające się po plażach to norma. Ilość plastiku wyrzucanego gdzie popadnie na Bali to plaga.

Brak dobrego, lokalnego jedzenia.

To oczywiście rzecz gustu, ale o ile uwielbialiśmy różne potrawy w Tajlandii, smakowało nam Pho i bagietki w Wietnamie i zajadaliśmy się Dim Sumami w Hong Kongu o tyle trzech potraw jakie podają w tutejszych Warungach jakoś pokochać nie mogę. Brak przypraw, różnorodności smaku i kiepskiej jakości mięso składa się na to, że pomimo miłości do innych kuchni azjatyckich jak bumerangi wracaliśmy do Burito i pizzy.

Tłum, po prostu tłum.

Trudno się spodziewać czegoś innego po jednej z najbardziej odwiedzanych wysp na świecie, ale po prostu ciężko znaleźć jej fragment, który nie ma na sobie pięciu Niemców, Australijczyka i Rosjanina oraz dwóch dziewczyn z Brazylii, którzy akurat podróżują w najbardziej szalonej podróży życia (Bangkok-> Angkor Wat -> Phi Phi/ Koh Samui-> Kuala Lumpur -> Singapur -> Bali).

Nie będę wypisywał miejsc których nie polecamy 
Podsumowując, Bali mocno się zmieniło przez ostatnie 5 lat. Pomimo wszystko podobało nam się choć 3 tygodnie to akurat tyle ile potrzebowaliśmy. Możliwe, ze jeszcze wrócimy na wschód lub północ wyspy, które podczas naszych krótkich wypadów wydawały się trochę bardziej azjatyckie niż reszta. Po powrocie z Filipin jednak uderzamy na Lombok i maleńkie wysepki dookoła.

A Wy, jakie macie doświadczenia z Indonezji?


Dodaj komentarz