Australia,  Podróże na luzie

Praca na Australijskim Outbacku 2

Po ostatnim wpisie widać, że podobają Wam się aktorzy występujący w naszej małej miejscowości na Australijskim outbacku (NASA ponoć płaci wszystkim w Australii, chłopaki jeśli to czytacie: czekamy na przelew). Dziś pozwolę sobie opowiedzieć jeszcze parę historii prosto z outbacku.

Warto zacząć od


Kopciuszkowego wydawania dań,

gdyż system pracy naszej gwiazdy zasługuje jedynie na słowa uznania. W przerwie od fajki na pracę, Kopciuszek zazwyczaj biega po kuchni jak kurczak po dekapitacji. Pięć palników odpalonych, tylko jeden zajęty, jakaś ryba leży na blacie, a we frytkownicy pływa zagubiony kawałek steka. W rezultacie, fakt, że cokolwiek wydajemy zakrawa na cud. Jednak, gdy już coś wyjdzie z kuchni, wtedy właśnie zaczyna się taniec

pt. Kto to k**wa brał?

Polega on na tym, że Kopciuszek wychodzi z kuchni i krzyczy np. Rump steak i frytki! I masz do 5 sekund na reakcję. Nie ma znaczenia, który byłeś w kolejce, czy miałeś numerek czy nie, czy twoje zamówienie było z ziemniakami zamiast frytek. To jest Sparta.

Reaguj, albo nie będziesz jadł.

Ktoś właśnie płaci za obiad, który dosłownie 3 sekundy temu zamówił. A ja wyczuwam za moim ramieniem zapach tutejszych „męskich”.
– Bierzesz kurczaka z serem? – pyta Kopciuszek z parującym talerzem w ręce przeszywając delikwentkę wzrokiem.
– Ttaak- odpowiada zdezorientowana klientka.
– Masz- rzut talerzem na ladę – smacznego- dorzuca łaskawie i wraca do wściekłego miotania się po kuchni.

Klienci którzy chcieliby w takiej sytuacji ponarzekać zostają przez naszą kucharkę skierowani litościwie (zawsze w opcji jest łopata i dół- patrz poprzedni wpis) do Grażyny. Miłościwie nam panująca Grażyna przybiera minę Pani z dziekanatu, czyli taką, która ma Ci uświadomić, że jesteś nędznym robakiem, który właśnie doświadcza jedynego prawdopodobnie w życiu spotkania z antropomorficzną personifikacją wszystkich boskich cech.

– Bo rozumie pani, to nie to, co ja zamawiałem – tłumaczy klient, który ewidentnie nie chce awantury i cały czas naiwnie myśli że problem może być rozwiązany – ja chciałem ziemniaki, a dostałem frytki i miałem nadzieję… – milknie pod miażdżącym spojrzeniem Grażki.
– Czy dostał pan jedzenie? – pyta królowa, po przedłużającej się ciszy.
– Tak, ale ja w ogóle nie chciałem sałatki, tylko warzywa i sos, nie, nawet sosu nie chciałem! – rozpaczliwie wypomina klient patrząc w talerz.
– Czyli nie wie pan, co pan chciał, a czego nie?
– Nie, No przecież wiem…
– Nie wygląda to w ten sposób – Grażyna znalazła słaby punkt i klient czuje się zupełnie skołowany.
– To ja może to zjem…


– Tak myślałam.

Większość jednak godzi się ze swym losem jako że Australijski interior jest duży, a ludzkie ciało zupełnie małe i łatwe do ukrycia. Nie żeby ktoś komuś tutaj groził. Po prostu w powietrzu wisi taka niewypowiedziana możliwość wąchania kaktusów od dołu.

Z drugiej strony we dni w które w kuchni chochlę pierwszeństwa dzierży John posiłki wydawane są o czasie i zwykle po kolei. W sumie niewiele złego mogę powiedzieć o Johnowym gotowaniu od momentu, w którym przestał wsadzać palec w czyjeś ziemniaki, żeby sprawdzić czy są odpowiednio ciepłe.

John, za to, wydaje się, że czerpie energię życiową ze wkurzania innych organizmów białkowych (boję się napisać, że innych ludzi, bo implikowało by to, że John również jest człowiekiem). Zwykle jeśli nie próbuje sprowokować nas, to obiera sobie za cel jakiegoś nieświadomego klienta i zaczyna swoją tyradę. Nie wiem czy wiecie, ale wszystko co nie jest Australijskie jest w najlepszym wypadku głupie, a każdy kto nie jest Australijczykiem jest nierobem. Wyjątkiem jest Teksas, w którym nadal można strzelać do ludzi i Nowa Zelandia, która w Johnowym umyśle jest takim upośledzonym bratem Wielkiej Australijskiej Potęgi.

Swoją drogą, Australia powinna wreszcie zacząć bombardować każdego, kto jest w jakimkolwiek stopniu inny niż nasz bohater. I nie ważne czy jesteś gejem, hindusem, czy po prostu nie lubisz lodów czekoladowych.

Jak tylko John zdobędzie władzę będziesz płonął na stosie.

Poza tym piłka nożna to najgłupszy sport na świecie i nijak ma się do sławnego wszędzie australijskiego footbolu. W dyskusji z Johnem od początku wiesz, że trafiłeś na mur. Nawet jeśli uda Ci się go przegadać to i tak będzie miał ostatnie słowo, gdy zanurzy kciuka w Twoim puree.

Mam nadzieję, że Wy bawicie się świetnie, bo my już nie możemy się doczekać przyszłego piątku, gdy wskoczymy do Beci i oddalimy się zarówno od kopciuszkowego dołu jak i johnowego stosu, a praca na Australijskim outbacku zostanie daleko za nami.

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz