Australia,  Podróże na luzie

Praca na Australijskim Outbacku

Jak pierwszy raz usłyszałem, że moglibyśmy pracować na outbacku (pustynia w środku Australii) to uznałem to za świetny pomysł.

Z paru powodów.


Po pierwsze ciężko o lepszą piwno-kowbojską historię barową, niż tą zaczynającą się od

„kiedy pracowałem w barze na pustyni…”,

po drugie, taka robota liczy się do 88 obowiązkowych dni które musimy przepracować do naszej następnej wizy, a po trzecie, no cóż, jestem wielkim fanem zarabiania kasy, szczególnie jak w promieniu 200 km nie masz gdzie jej wydać.

Nie spodziewałem się jednak, że praca w tak prestiżowym miejscu zamieni się w komedio-dramat z wątkami trillerowym.

Postaram się przytoczyć parę anegdotek.

Tło: mieszkamy w Kynunie (populacja oficjalna: 20 osób, populacja rzeczywista: 12, najwyraźniej pytanie się o brakująca ósemkę jest źle postrzegane). Oprócz naszego motelu/jadłodajni/campingu/baru-mordowni, na stanie 6 domów i stacja benzynowa. Do najbliższego miasta (przez miasto Australijczycy rozumieją zbiór domów gdzie oprócz motelu i stacji jest też monopolowy) w jedną stronę 187 km w drugą 165 km. Zasięg mamy od zeszłego wtorku.

Bohaterzy akcji:


Menedżer/kucharz/zabijaka nazwijmy go John.

Były policjant i żołnierz, człowiek który potrafi całkowicie z ópy zacząć kopać kosz ponieważ nie trafił do niego papierkiem. Duży fan Trumpa, chociaż uważa, że Donald zbyt powściągliwy, a mur jest za niski. Nienawidzi wegan.

Menadżerka/gwiazda nazwijmy ją Grażyna.

Grażyna ma 54 lata, ale równie dobrze mogła by mieć 40 lub 60. Jest żywym dowodem na to, że panie produkowane przez PKP i pocztę polską są eksportowane za morze i prawdopodobnie robią połowę naszego PKB. Grażyna jest domowym detektywem („tu była gąbka! Ktoś ją na pewno ukradł!”) i charakterem pasuje do Johna. Jak już kosz polegnie z powodu Johnowej złości to Grażyna będzie go kopać z powodu tego, że leży w nieodpowiednim miejscu. Tipsy i wściekła ruda fryzura są rzeczami, których nie muszę wspominać, nie?

Kucharka/sprzątaczka/mędrzec życiowy

Przychodzi raz na jakiś czas. Nazwaliśmy ją Kopciuszek z powodu chmur dymu które majestatycznie kręcą się w jej orbicie. Ten sam rocznik co Grażyna, ale z powodów różnych wygląda raczej na 70+. Kopciuszek rzuca mięsem tak gęsto, że oba tutejsze psy zaczynają się ślinić na jej widok. Przesympatyczny człowiek którego największym obecnym zmartwieniem jest to, że klienci bezczelnie nie życzą sobie w jedzeniu popiołu z fajek. Nienawidzi ludzkości.

Kowboje

Nasi głowni klienci. Oprócz tych podróżników, którzy akurat z ewidentnym zagubieniem wypisanym na twarzy przekraczają nasz próg w poszukiwaniu czegokolwiek do picia na tej pustyni. Kowboje wpadają zazwyczaj na śniadanie (piwo) i na kolacje (2 piwa plus niekończąca się runda rumów z cola). Po obu posiłkach oczywiście jeżdżą samochodami, bo najbliższy policjant jest w „mieście”.

I to tyle. Więcej aktorów nie ma.

Anegdota 1:

Kuchnia. Kopciuszek smaży steka.
– A wiesz, zdechł mi pies wczoraj.- zagaił Kopciuszek radośnie.
– O przykro mi.
– Eee mam jeszcze jednego, tylko zobacz jakie mi się pęcherze od łopaty zrobiły
– (konsternacja)
– No musiałam głęboko kopać, żeby ten drugi nie wykopał i nie zeżarł. – w zamyśleniu zaczęła dźgać mięso. – głęboko… i dużą dziurę, jak na człowieka… heh!
Mentalna notatka: nie denerwować Kopciuszka.

Anegdota 2:


Zgodnie z prawem nie możemy podawać alkoholu przed 10, więc punkt 10 otwieramy bar. Przed drzwiami czeka już babcia. Z serii takich co prawdopodobnie mają 90 lat, ale gdzieś koło 50tki postanowiły się tym nie przejmować. Super ciemne RayBany odwracają się błyskawicznie w stronę uchylonych drzwi.
– Wreszcie! – uśmiecha się – podwójna wódka, woda gazowana i burger z bekonem. Sylwia nalewa „drinka”, a ja idę ogarnąć jedzenie. Babcia chce się podzielić wiedzą ewidentnie:
– Niby nie mogę ale tak lubię, poza tym kto mi zabroni!

Anegdota 3:

Siedzi dwóch nieźle dziabnietych już kowbojów i prowadzą trochę przydługą już rozmowę na temat jedyny możliwy w Kynunie: bydło.
– A ja to mam szezidziesiat i szmery i piętnaście – mówi jeden totalnie bez sensu.
– A ja mam taką jedną krowę co muczy i muczy, taka głośna jest że ho! – dodaje drugi, oczywiście kompletnie nie zwracając uwagi na oburzenie towarzysza, który najwyraźniej zaczynał jakąś historie. Zatrzymuje się na chwilę i patrzy w sufit, żeby przypomnieć sobie o co mu chodziło. – tak śpiewa prawie że, wiesz? I czarna zupełnie. To jej daliśmy takie imię, żeby pasowało: Beyonce!

Mieszkanie na outbacku jest ewidentne jedną z najdziwniejszych rzeczy jaka nas spotkała. John, Grażyna i Kopciuszek jeszcze powrócą jeśli wyrazicie takie życzenie.

Tu możecie zobaczyć drugą część

3 komentarze

Dodaj komentarz