Iran

MXT 2012 Odc 12: O cenie benzyny w Iranie

Zanim powiem coś o Iranie muszę Was uprzedzić: pokochaliśmy ten kraj.

Pokochaliśmy ludzi, których tam spotkaliśmy, pokochaliśmy pustynię i całkowicie powaliła nas gościnność Irańczyków. Polubiliśmy wszystko tak bardzo, że nawet przestało mi przeszkadzać codzienne picie herbaty. Niezależnie jak chciałbym być obiektywny chyba w tym przypadku nie dam rady.

Bierzcie na to poprawkę.

P1020277

Przekraczamy granicę i już za otwartą bramą pomimo późnej godziny obskakuje nas multum irańskich biznesmenów. Panowie, których charakterystyczną ceną jest posiadanie przynajmniej jednego złotego zęba, próbują nam sprzedać riale. Po bardzo okazyjnych cenach. Rada na przyszłość: nigdy nic nie kupujcie na granicy. Nie ważne czy to pieniądze, jedzenie czy oryginalna pamiątka made in China.

Nie da się kupić nic dobrego na granicy.

To zasada bardzo podobna do: żadna dobra decyzja nie jest podejmowana po 2:00 w nocy. Zasada, która ma zastosowanie niezależnie od szerokości geograficznej czy aktualnego ustroju politycznego. Ku wielkiemu smutkowi biznesmenów odmawiamy wszystkim przenośnym kantorom i ruszamy w dalszą drogę.

Muszę wytłumaczyć dlaczego tak dużo ludzi jest chętnych na sprzedanie riali na granicy. Otóż system bankowy Iranu nie jest w żaden sposób połączony z tym dostępnym wszędzie. Zapomnijcie o Visa i MasterCard. Są bezużyteczne w Iranie. Na szczęście wiedzieliśmy o tym wcześniej, więc zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość dolarów. Jednak nie wzięliśmy pod uwagę jednego: o 22:00 może być ciężko wymienić jakiekolwiek pieniądze.

P1020318

Po 50 kilometrach od granicy kończy się nam powoli benzyna.

Postanawiamy zatrzymać się, żeby zadzwonić do naszego hosta z Tabrizu, ale przy okazji, na wszelki wypadek sprawdzić czy karty bankowe na prawdę nie działają. Zatrzymujemy się więc pod bankomatem z dumnym napisem Euro-banko naiwnie licząc, że może:

  1. Skoro jest „Euro” w nazwie to pojawił się w Iranie bank, który udostępnia wyciąganie pieniędzy z europejskiego konta.
  2. Jeżeli odpowiednią ilość razy włożymy kartę do bankomatu to go przekonamy, że nasze banki są równie warte zaufania jak te tutejsze.

Idę do bankomatu, a Maks dzwoni do Aliego. Niestety nie udało mi się przekonać ściany płaczu, żeby nam coś wydała. Maks ma lepsze informacje:

– Ali powiedział, że niezależnie o której dojedziemy będzie na nas czekał.

Miło.

Teraz musimy tylko wykombinować jak dojechać do Tabrizu bez benzyny.

Chyba nie uda nam się przekonać motocykli do porzucenia męczącego nałogu palenia w 15 minut. Stoimy pod bankomatem i myślimy co dalej. Podjeżdża samochód i wysiada młody facet w garniturze. Uznajemy, że wygląda na takiego co włada mową Królowej Elżbiety i zaczynamy go wypytywać o kantor, albo jakąkolwiek inną możliwość wymiany waluty.

– Hm. Nie wymienicie nic o tej godzinie- odpowiada drapiąc się po głowie- ale możemy zrobić tak, że ja wyciągnę więcej i Wam wymienię. Ile potrzebujecie?

Patrzę na Maksa. Nic nie mogę poradzić na moją podejrzliwość. Jeśli ktoś ot tak próbuje pomóc to może chce nas oszukać? Maks wzrusza ramionami.

– Mamy jakieś inne wyjście?- pyta po polsku- możemy nocować koło drogi, ale jutro będziemy musieli pewnie będziemy musieli i tak znaleźć kogoś kto nam wymieni kasę.

Ma racje.

Obliczamy, że przy cenach benzyny z Turcji 30 dolarów powinno nam starczyć. Zgadzamy się na transakcję, a nasz nowy przyjaciel wymienia nam po kursie lepszym niż w kantorze. Tłumaczy też nam jak dokładnie sprawa wygląda z dolarami. Posiadanie dolarów jest ogólnie rzecz biorąc „niewskazane”. Kurs szybuje w różne strony z godziny na godzinę, ale powinniśmy przyjąć, że dolar kosztuje około 30 000 riali. Po krótkiej rozmowie dodaje:

– Jeżeli nie chcecie dziś jechać dalej to możecie przenocować u mnie. Mam miejsce, a i coś do jedzenia się znajdzie.

Dziwię się okropnie. Obcy człowiek, jeszcze 10 minut temu nas nie znał, a teraz nie dość, że nam pomógł to jeszcze zaprasza nas do siebie do domu. Nie znaliśmy wtedy jeszcze Iranu i takie podejście było dla nas czymś niecodziennym. Odmawiamy, grzecznie tłumacząc, że w Tabrizie czeka na nas przyjaciel.

– Dobra, to nie zatrzymuje- mówi- szerokiej drogi i niech Allah ma was w opiece.

Żegnamy się i dojeżdżamy na najbliższą stację.

Cena benzyny nas powala.

Niecałe 6000 riali za litr. Trochę obliczeń, całka tu, różniczka tam i wychodzi nam, że to 20 centów za litr, czyli… 60 groszy. A i tak to cena dla obcokrajowca, który nie ma specjalnej karty na zniżkę. Irańczycy głównie tankują gaz, który kosztuje jedną trzecią tego co benzyna. Raj dla Europejczyka. Można zapomnieć o kosztach jazdy i oddać się przyjemności prowadzenia motocykla. 30 dolarów, które wymieniliśmy może nam starczyć na około 1500 kilometrów trasy. W migowym pokazujemy obsłudze stacji, że cena jest więcej niż ok. Ci, ucieszeni wmuszają w nas pół litra herbaty i pół tony cukru. Żegnamy się i ruszamy rozgrzani herbatą i z pełnymi bakami dalej.

P1020281

Dojeżdżamy do Tabrizu i zatrzymujemy się pod wściekle żółtym meczetem uznając, że to dobry punkt orientacyjny.

Dzwonimy do Aliego i podajemy mu miejsce.

– Wiecie ile jest żółtych meczetów w Tabrizie?- pyta nasz rozbawiony host.- Dobra, poszukam Was. Wtedy wydawało mi się to mało zabawne. Jednak parę tygodni temu hostowalem we Wrocławiu parę z Francji i żeby ich znaleźć zapytałem gdzie są. Odpowiedzieli:

– Pod dużym kościołem.

Pomocne.

Stoimy tak chwilę i podjeżdża samochód. Wysiada dwóch Irańczyków.

– Cześć! Zgubiliście się? Pomóc?- pytają.
– Nie spoko czekamy na kumpla, mamy tylko problem z określeniem gdzie konkretnie jesteśmy.
– Dajcie jego numer- mówi jeden wyciągając komórkę.
Dzwonią do Aliego i podają mu nazwę ulicy.
– A gdzie nocujecie? – pyta jeden.
– No właśnie u Aliego- uśmiecham się.
– A ok, poczekamy z Wami, jakby nie przyjechał to Wam najwyżej skombinujemy jakieś miejsce- oznajmiają.

Zaczynam gadać.

Pytają o cel podróży, radzą co zobaczyć w Tabrizie i ogólnie  w Iranie. Ostrzegają, żeby nie ufać policji i wojsku. Czekamy, aż po półgodzinie przyjeżdża Ali. Wita się z naszymi nowymi kolegami i zapewnia ich, że się nami zajmie. Ci żegnają się, wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Ali, do tej pory uśmiechnięty i wyluzowany, obraca się do nas z poważną miną.

– Zwariowaliście? Opowiadać takie szczegóły na temat podróży i noclegu obcym ludziom?- pyta, a ja nie rozumiem o co mu chodzi- W Iranie couchsurfing jest zabroniony. Każdy Irańczyk ma obowiązek zgłosić obcokrajowca na posterunku policji i musielibyście zameldować się w hotelu. Mogą nam grozić poważne konsekwencje za trzymanie obcokrajowców w domu.

Czuję się strasznie głupio, naraziliśmy Aliego na nieprzyjemności.

Przepraszamy go, ale macha tylko ręką.

– Nie ma sprawy- uśmiech znowu powraca na jego twarz- nic się nie stało, Ci goście na 90% z policji nie są. Ale uważajcie na przyszłość.

P1020832

Okazało się jednak, że nasz host trochę przesadził. Dużo praw w Iranie jest obchodzonych i rejestracja obcokrajowców jest jednym z nich. Jednak od tej pory staram się zawsze pilnować i wypytywać ludzi o kraj zanim do niego wjedziemy.

Ali wsiada do samochodu i każe nam jechać za sobą. Po jakimś czasie docieramy do jego domu i nasz host wskazuje nam fragment dywanu na którym będziemy spali.

Irańskie dywany są dumą narodową.

Na dywanie się śpi, na dywanie się je, na dywanie prawdopodobnie zostało poczęte pół Iranu. Meble są zazwyczaj ozdobne i Irańczycy korzystają z nich rzadko. O ile spanie na dywanie to nie problem, o tyle po trzech tygodniach w Iranie zacząłem na prawdę cierpieć z powodu jedzenia. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, ale dosłownie nie mogłem znaleźć odpowiedniego ułożenia ciała, żeby jeść jak człowiek. Talerz na ziemi? Powodzenia w nie upuszczeniu ryżu z widelca. Talerz pod brodą? Jak długo jesteś w stanie trzymać pełny talerz na ręce? No nie wiem. Po prostu instytucja stołu bardziej do mnie przemawia.

Zwijamy się w kłębki na dywanie i zasypiamy.

Dodaj komentarz